Jak prawie zostałem gwiazdą rocka

Kiedy byłem całkiem mały, chciałem być dobrym piratem. Potem, zafascynowany dinozaurami – paleontologiem. Następnie astronomem, a w okolicach 4 klasy jednak piłkarzem. Potem jednak poszedłem do gimnazjum, gdzie poznałem osoby, z którymi mogłem próbować spełniać swoje marzenia. A wtedy chciałem być gwiazdą rocka.

Rok 1999. W domu obok mojego kumpla z klasy, Kamila, mieszka Grzesiek. Grzesiek jest gitarzystą zespołu anarchopunkowego. Uczy Kamila kilku pierwszych chwytów na gitarze. W zamian za zrobienie chujowej strony internetowej ja i Kamil dostajemy naszywki i (świeże jeszcze) płyty CD, a nawet jednego winyla, który żaden z nas nie ma na czym odtworzyć. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek skończyliśmy im tę stronę, ale za to udało nam się wkręcić do ich sali prób jako młody zespół, Kufel Piva. Ja śpiewałem. Dostaliśmy mniejszą salkę w garażu obok zakładu weterynarii na ul. Kamiennej w Kołobrzegu. Umeblowaliśmy ją sobie w dywany na ścianach i wytłaczanki z jajek sami i płaciliśmy za salkę co drugi miesiąc, na przemian ze starszymi kolegami. W garażu był odłączony kibel, a napoje wyskokowe kupowaliśmy nieopodal w sklepie “Baryłka”. Potem okazało się, że właściciel tego garażu wyrzuca nas z próbowni, bo było mu płacone tylko co drugi miesiąc.

Byliśmy strasznie kiepską kapelą punk rockową, graliśmy przez kilka lat, ewoluując w różnych kierunkach, zmieniając kilkakrotnie skład, występując w okolicach naszego rodzinnego Kołobrzegu kilka razy w roku. Na nasze koncerty ktoś przychodził, może nawet mieliśmy kilku fanów. Być może nie byliśmy całkowicie beznadziejni, ale niestety trudno stwierdzić, ponieważ do dzisiejszych czasów nie zostały mi zupełnie żadne materiały związane z zespołem (oprócz kilku zdjęć w bardzo słabej jakości). Potem, kiedy rozwiązaliśmy zespół, założyłem następny – Wujek Gagarin. Nawet nagraliśmy demo, ale też nigdzie nie mam tych piosenek. Wydaje mi się, że nie były specjalnie ambitne, bo zaraz po nagraniu demówki kapela się rozpadła. Ale może to z innego powodu?

Jednak kołobrzeskie przygody były zupełnie niczym w porównaniu do tego, co stało się później. Studiowałem w Toruniu. Mieszkałem z kumplem z Kołobrzegu, Tomkiem, który pogrywał w różnych dziwnych kapelach na basie. Ja chciałem wrócić do śpiewania. Nie pamiętam, w jaki sposób odezwał się do mnie Arek – gitarzysta, ale wydaje mi się, że za pośrednictwem jakiegoś serwisu dla muzyków (pewnie musiccv.com). Poszedłem na próbę, okazało się, że Arek ma perkusistę, Marka, więc szukają też kogoś do gry na basie. Na następną próbę wziąłem ze sobą Tomka i tak już zostaliśmy.

Nie wiem, ile zagraliśmy koncertów, ale nie wyruszyliśmy nigdzie dalej niż do Bydgoszczy. Graliśmy trochę metalcore’owo, trochę eksperymentalnie. Kłóciliśmy się, piliśmy tanie browary pod mostem kolejowym, jaraliśmy i chyba wszyscy byliśmy dość nieszczęśliwi. Ja na pewno. Poznaję choćby po tekstach, które wtedy pisałem. Nie były bardzo górnolotne, bo miały być pretekstem do dobrego darcia ryja, ale słyszę w nich jednak przewijający się smutek. Co ciekawe, kapela rozpadła się tuż po nagraniu dema. Tym razem nie dlatego, że było słabe, a przez konflikty wewnątrz zespołu. Mieliśmy do siebie nawzajem pretensje o ilość czasu, którą każdy z nas poświęca kapeli. Najpierw wykruszył się Tomek, potem ja przeprowadziłem się do Poznania i przyjeżdżałem bardzo rzadko. A jak przyjeżdżałem, mogło się okazać, ze ktoś nie przyszedł na próbę i nie odbiera telefonu. Nie rozmawialiśmy ze sobą od lat, ale ja bardzo dobrze wspominam i chłopaków i muzykę, którą razem zrobiliśmy. Dla odmiany – po tej kapeli coś zostało. Poniżej 3 kawałki, które nagraliśmy na początku 2010 roku. I chociaż nie zostałem gwiazdą rocka – było warto! Nauczyłem się dzięki Dead Gentlemen sporo. Dzisiaj jestem bardziej zdeterminowany do spełniania swoich marzeń.