Ulotny jak snap

Pierwszy raz zainstalowałem Snapchata dość dawno temu. Dodałem znajomych, odebrałem kilka snapów, ze dwa wysłałem. Raz na jakiś czas jeden dalszy kumpel wysyłał mi kolejne identyczne selfie. Znudzony skasowałem snapa, stwierdzając że to nie dla mnie. Na szczęście spotkałem osoby, które namówiły mnie do zainstalowania appki jeszcze raz. Dzisiaj korzystam z niej cały czas, regularnie odbieram i wysyłam snapy oraz śledzę ciekawe stories z życia fajnych ludzi. Skąd w takim razie bierze się zła sława Snapchata? Czemu tyle osób ma z nim problem?

Przypuszczam, że największą szkodę robi tej sieci społecznościowej sama aplikacja Snapchata. Jest nieintuicyjna, pełna błędów, a na dodatek nigdzie nie jest w niej objaśnione jak robić w niej rzeczy i co oznacza co. Są co prawda sposoby nauczenia się korzystania ze Snapa – ale w samej aplikacji zero podpowiedzi. Możesz albo przeczytać gdzieś o co chodzi, albo działać metodą prób i błędów, ryzykując że czegoś w ogóle nie odkryjesz. Ewentualnie spytać znajomych.

Jednak za Snapchatem stoi świetna idea i jeśli dasz mu szansę i przyzwyczaisz się do niedobrego designu i złych wyborów producentów aplikacji, nie minie cię nagroda. Swoją drogą to chyba jeden z największych błędów w myśleniu o Snapie – większość osób myśli, że ideą stojącą za snapchatem jest jakaś dziwnie pojmowana tajność tego, co wysyłasz drugiej osobie. Stąd wszystkie komentarze typu “ale przecież można zrobić screenshota”. No pewnie że można. Tak samo, jak można było nagrać audycję radiową, żeby odtworzyć ją sobie później i nic nie odjęło to radiu jako medium. Bo prawdziwą ideą stojącą za Snapem nie jest jakaś hiper-prywatność, a ulotność.

Chodzi w tym wszystkim po prostu o to, że treść, którą tworzysz na Snapa domyślnie znika. Jeśli komuś się bardzo spodoba, to może ją sobie zachować, albo przynajmniej obejrzeć drugi raz. Ale w większości przypadków snap zostanie obejrzany jeden raz przez każdą osobę, której go wyślesz. Pozwala to na zupełnie inne podejście do tworzenia treści. Może być bardziej spontaniczna, bo oczekiwania są inne niż w przypadku filmu na YouTube, który zostaje w ogólnodostepnym internecie praktycznie na zawsze.

Drugim wyróżnikiem Snapchata jest całkowita (lub prawie całkowita) kontrola nad odbiorcami Twojej treści. Możesz wysłać Snapa tylko do swojego partnera. Możesz wysłać żart swoim najbliższym przyjaciołom. Możesz też wysłać zdjęcie żarcia wszystkim, którzy cię dodali, wrzucając go do “Story”. Niech zazdroszczą. Właśnie dlatego zdziwiła mnie opinia, którą przeczytałem na TT. Nie przypomnę sobie kto ją wygłosił, ale brzmiało to mniej więcej tak: “skoro jeden ekspert na Blog Forum Gdańsk mówi, że to jest jakiś wizualny komunikator, a drugi, że serwis z amatorskimi filmikami, to znaczy, że nikt nie wie nawet, co to ten Snapchat jest”. Zupełne nieporozumienie. Snapchat jest dokładnie tym, do czego go używasz. Nie ma nic dziwnego, że dwójka ludzi miała zupełnie różne jego definicje.

Snapchat to tylko aplikacja, medium umożliwiające wysyłać nietrwałe wiadomości w formie krótkich filmów lub zdjęć w świat. To, czy ci się spodoba, czy nie zależy tylko i wyłącznie od tego, co zamierzasz z nim zrobić. Oglądać stories celebrytów i ciekawych osób? Tworzyć własne treści i udostępniać je publicznie, chwaląc się unikalnym talentem? Wysyłać dowcipne zdjęcia znajomym? Wszystkie te sposoby można łączyć i dopasowywać do siebie i właśnie dzięki temu bycie na Snapie może być naprawdę fajne.

Na zachętę pokażę Wam też moje story sprzed kilku dni, ale ostrzegam, wygląda gorzej niż oryginalnie (mówiłem już, że to słaba appka, eksport niech będzie na to dowodem).

Jeśli korzystacie ze Snapchata, to pochwalcie się do czego go używacie (i koniecznie podajcie mi wasze nazwy użytkowników). Jeśli jeszcze nie próbowaliście korzystać ze Snapa, to szczerze zachęcam. Możecie zacząć od dodania mnie – mój nick to osaka10.

Jak zmienić pracę?

1 września byłem pierwszy dzień w nowej pracy. Na szczęście byłem w bardzo komfortowej sytuacji. Nie straciłem poprzedniego zajęcia, nie stało się też nic dramatycznego, co skłoniłoby mnie do natychmiastowego odejścia. To ja postanowiłem, że czas na zmianę, zrezygnowałem z poprzedniego pracodawcy i znalazłem sobie zajęcie, które bardziej odpowiada moim zainteresowaniom i zdolnościom. Mimo to przeżyłem swoją dawkę stresu. Bo zmiany są trudne, bez względu na to, jakie mamy perspektywy.

Po prostu – ludzie tacy są. Wszyscy boimy się zmian. Warto to sobie uzmysłowić i uzbroić się odpowiednio na ich nadejście. Bo wbrew pozorom zatrzymanie się w bezpiecznej teraźniejszości też może być niebezpieczne (w dłuższej perspektywie). Nie próbuję oczywiście przekonywać was, że powinniście wszyscy rzucać swoje zajęcia i rozglądać się za innymi, które będą wam bardziej pasować. Ale jeśli już zastanawiacie się nad zmianą, to prawdopodobnie prędzej czy później ta myśl w was dojrzeje i do tej zmiany dojdzie. Dobrze być na nią przygotowanym. Zacznijmy jednak od początku.

Dobry powód

Co jest dobrym powodem, żeby zmienić pracę? Skoro spędzamy w niej 1/3 każdego dnia i ustawiamy sobie wokół niej swoje życia to chyba lepiej, żeby to było coś ważnego? Moim zdaniem kryterium jest jedno. Po prostu musisz zmienić pracę, jeśli nie jesteś w niej szczęśliwy i nie masz perspektyw, by się to zmieniło. Co to oznacza? Może, że zarabiasz za mało i nie masz szansy na podwyżkę. Może że twój szef to palant i nie masz szans, żeby przenieśli cię do innego działu. A może że nie dali ci awansu, na który pracowałeś od roku i czujesz się niedoceniana. Innymi słowy – warto poszukać innych rozwiązań, ale jeśli ich nie ma, to masz dobry powód. Nie jesteś szczęśliwy. Co najciekawsze, to wcale nie musi oznaczać, że jesteś nieszczęśliwy. Być może jesteś w stanie to wytrzymać, ciągnąć dalej, zacisnąć zęby. Ale czy warto? Pewnie w niektórych przypadkach tak. Sama wiesz lepiej.

Odpowiednia kolejność

Być może zabrzmi to jak oczywistość, ale i tak to napiszę. Obojętnie ile zarabiasz, ile masz odłożonych pieniędzy, albo, z drugiej strony, jak okropnie jest w robocie, którą aktualnie masz – najpierw znajdź nową pracę, a dopiero później zrezygnuj ze starej. Jeśli tylko jesteś w stanie wytrzymać, oczywiście. Sam też kiedyś znalazłem się w sytuacji, w której zrezygnowałem z pracy z dnia na dzień. Była to jednak (mam nadzieję) wyjątkowa sytuacja – byłem ofiarą mobbingu i zdecydowałem, że lepiej poradzę sobie ze stresem pośpiesznego szukania pracy niż z kolejnym dniem w pracy. Miałem rację – kolejną pracę udało mi się znaleźć stosunkowo szybko i już nigdy nie bałem się iść do pracy.

Róbmy więc rzeczy w odpowiedniej kolejności. Najpierw rozglądamy się za nową pracą. Chodzimy na rozmowy kwalifikacyjne i nie paplamy o tym kolegom i koleżankom z biura. Kiedy już mamy satysfakcjonującą nas ofertę, upewniamy się, że jest pewna. Dopiero kiedy jesteśmy pewni, że dostaliśmy nową pracę – idziemy do swojego przełożonego i mówimy mu, że chcemy zrezygnować. To dość ważne, by pierwszą osobą, która się o tym dowie był właśnie przełożony. Byłoby głupio, gdyby dowiedział się o tym na korytarzu od kogoś z innego działu. Mógłby żywić do ciebie urazę, a nie wiesz przecież, gdzie i kiedy spotkasz go następnym razem. Potem negocjujemy z nim, lub z odpowiedzialną za to osobą warunki odejścia.

Podsumujmy – nie chwalisz się, że szukasz innej pracy, bo kiedy twój szef się o tym dowie, mogą spotkać cię nieprzyjemności (albo i nie, ale po co kusić los?). Kiedy masz już nową, dobrą ofertę pracy, to po upewnieniu się, że zdobyłeś tę pracę idziesz pogadać z szefem. Bądź szczery, ale uprzejmy. Pamiętaj, że możecie się jeszcze spotkać i nie pal mostów. Ustalcie, czy będziesz pracować do ostatniego dnia i dostaniesz ekwiwalent pieniężny za niewykorzystany urlop, czy bierzesz wolne ostatnie kilka dni lub tygodni (szef zgodnie z prawem może kazać ci wziąć ten urlop). Pamiętaj, że jako okres wypowiedzenia liczą się pełne miesiące. Nie ma znaczenia, czy wypowiesz umowę 1 czy 30 września, wypowiedzenie będzie się liczyć od przyszłego miesiąca.

 

Szukanie pracy

Po pierwsze i najważniejsze – jeśli tylko możesz, nie odchodź z pracy, zanim znajdziesz sobie nową. Wiem, że zdarzają się sytuacje, że to niemożliwe, ale zastanów się nad tym dobrze. Nie możesz liczyć na to, że znajdziesz inna pracę od razu, a tym bardziej nie chcesz stawiać się w sytuacji, kiedy będziesz musieć przyjąć każdą pracę, byle tylko coś zarobić. Obojętnie jak dobry jest rynek pracy w Twoim mieście, zwykle nie opłaca się podejmować tego ryzyka.

Jeżeli ciągle pracujesz, to masz mniej czasu na szukanie innej pracy. Zmęczenie i stres nie pomagają w podejmowaniu dodatkowych aktywności. Dlatego podstawową zasadą powinna być cykliczność wysiłków w szukaniu pracy. Możesz sobie ustalić, że np. co drugi dzień wyślesz chociaż jedno CV. A może codziennie spędzisz przynajmniej 20 minut przeglądając oferty pracy? Cokolwiek działa na ciebie najlepiej, po prostu ułatw sobie sprawę ustanawiając sobie prosty w realizacji cel i trzymaj się go. To pomaga.

Pamiętaj, że wszystko, co wysyłasz do pracodawcy, jest Twoją wizytówką i musi przedstawiać Cię w jak najlepszym świetle, a także wyróżnić z tłumu. Dotyczy to listu motywacyjnego, CV, portfolio. Zadbaj, by dokumenty te były estetyczne i w miarę możliwości nieszablonowe. Pamiętaj, żeby uwzględnić wszystkie informacje o zdolnościach, doświadczeniu i wiedzy, które mogą Ci się przydać na stanowisku, na które aplikujesz. Jednocześnie spokojnie możesz pominąć rzeczy nie mające z nim związku. Nie pisz o swoich słabościach, tym bardziej, że prawdopodobnie je hiperbolizujesz. Pamiętaj, że pisząc w liście motywacyjnym “Nie mam żadnego doświadczenia” po prostu zniechęcasz pracodawcę powtarzając niekorzystną dla siebie informację, którą i tam da się wyczytać z twojego CV. Jeśli chcesz coś podkreślać i powtarzać, to swoje atuty.

Rozmowa kwalifikacyjna

Kiedy ktoś zaproponuje Ci rozmowę kwalifikacyjną, to pamiętaj, żeby nie chwalić się tym w pracy. To jeszcze nie czas. Postaraj się umówić tak, żeby nie kolidowało to z Twoimi obowiązkami, a jeśli to nie możliwe, weź dzień urlopu i nie tłumacz się nikomu, dlaczego jest Ci potrzebny. Idealnie, jeśli przed rozmową będziesz mieć trochę czasu na przygotowanie, więc wstań odpowiednio wcześnie. Przygotuj się do rozmowy, czytając o swoim potencjalnym pracodawcy i zastanawiając się nad tym, jak odpowiesz na standardowe pytania w stylu:

  • Dlaczego chcesz pracować właśnie tu?
  • Dlaczego powinniśmy zatrudnić własnie Ciebie?

Zastanów się ile chcesz zarabiać, a potem dodaj 20% – większość ludzi zaniża wartość swojej własnej pracy. Najlepiej ustal widełki – pomyśl o 3 kwotach. Jaka jest najniższa, na jaką możesz się zgodzić? To kwota poniżej której po prostu nie podejmiesz pracy. Ile chcesz zarabiać w idealnym świecie? To kwota, jaka spełni wszystkie Twoje oczekiwania finansowe. Ile pieniędzy sprawiłoby, że będziesz pracować z przyjemnością? To prawdopodobnie kwota gdzieś pomiędzy dwoma pierwszymi. Na rozmowie powiedz o dwóch ostatnich kwotach, które właśnie ustaliliśmy. Pamiętaj, że w razie czego Twój potencjalny pracodawca będzie zawsze negocjował w dół, nigdy w górę.

A co do samej rozmowy – pamiętaj, żeby ubrać się ładnie i dużo się uśmiechać – pierwsze wrażenie jest super ważne! Bądź uprzejmy, sympatyczny i pamiętaj, że to nic dziwnego, jeśli się denerwujesz. Jeśli stres jest duży – poproś o szklankę wody i powiedz o tym, że to dla ciebie stresująca sytuacja. Rekruter na pewno Cię zrozumie, a Tobie powinno trochę ulżyć.

Odchodzenie z pracy

Wbrew pozorom, wraz ze zdobyciem nowej pracy stres wcale się nie kończy. Bo odejść też trzeba umieć. Przede wszystkim – liczy się kolejność. Pierwszą osobą, która powinna dowiedzieć się o Twoim odejściu, jest przełożony. Jeśli dowie się od kogoś innego niż Ty postawi Cię to w złym świetle i bardzo niekomfortowej sytuacji. Pamiętaj, żeby mieć gotowe wypowiedzenie. Jeśli masz umowę o pracę, okres wypowiedzenia zależny jest od stażu pracy w firmie.

Kiedy o Twoim odejściu wie przełożony i pracodawca, czas się pożegnać z kolegami i koleżankami z pracy. Być może chcesz przynieść ciasto, zorganizować wyjście do pubu, a może po prostu wysłać maila? W każdym razie, nie znikaj z dnia na dzień bez śladu. To dziwne i nie chcesz chyba, żeby ktoś pamiętał Cię jako gbura.

Pamiętaj, żeby wszystkie sprawy z odejściem załatwiać uprzejmie. Nie wiesz w jakich okolicznościach spotkasz swoich współpracowników ponownie, a nigdy nie warto palić mostów. Z drugiej strony, nie ukrywaj powodów odejścia, jeśli pracodawca lub przełożony jest ich ciekaw. Po prostu nie bądź przy tym dupkiem!

Pierwsze dni

Masz nową pracę? Gratulacje! Zanim się przyzwyczaisz do tej olbrzymiej zmiany, minie sporo czasu. W momencie kiedy to piszę, zaczyna się czwarty tydzień, odkąd jestem w nowej firmie, i nie ogarniam jeszcze wszystkiego. Myślę, że na wczesnym etapie najważniejsze jest przykładać się mocno do wszystkich zadań, które dostajesz, i robić je najlepiej, jak się da. To możliwe tylko jeśli nie będziesz się bać zadawać pytań. Jeśli czegoś nie wiesz i próbujesz zgadywać, zamiast dowiedzieć się od kogoś, kto jest tu dłużej niż Ty, niepotrzebnie ryzykujesz. A przecież nikt nie będzie się dziwić, że czegoś nie wiesz, jeśli jesteś w pracy krótko. Może nie chcesz wypaść głupio, ale pamiętaj, że otrzymując odpowiedź na swoje pytanie ukrócasz swoją ignorancję, która inaczej trwałaby w nieskończoność.

Drugą niezwykle istotną sprawą jest zbudowanie pozytywnych relacji z nowymi koleżankami i kolegami. W zależności od tego, jak duża to firma, może to być prostsze lub łatwiejsze, ale zasady są podobne. Lepiej powiedzieć komuś cześć dwa razy niż zignorować na korytarzu. Uśmiechaj się i wdawaj w kurtuazyjne rozmowy. Podoba Ci się piosenka, którą ktoś puścił? Spytaj, co to za wykonawca. Znasz ciekawostkę na tematkawy? Opowiedz ją, gdy stoisz w kolejce do ekspresu.

Na zakończenie

Proces zmiany pracy jest czasochłonny i trudny. Najważniejsze jest to, żeby pamiętać, po co to robisz. Generalnie zgodzimy się chyba, że cel jest jeden – chcesz mieć lepiej w życiu. Pamiętaj o tym i niech ta myśl pomoże przetrwać Ci najtrudniejsze chwile. Dasz sobie radę. Wierzę w to!

Wegańskie Mięso

Internet obiegła sensacyjna wieść. Naukowcy z Oregon State University stworzyli wodorosty smakujące jak bekon. Algi te są pełne witamin, minerałów i antyoksydantów, a w dodatku składają się nawet w 16% z białka. To super-jedzenie posiada dwukrotnie więcej składników odżywczych od jarmużu. Cała sytuacja przypomniała mi, że od lat naukowcy próbują wyhodować sztuczne mięso.

O ile algi są całkowicie wegańskie, to nie chcę próbować rozstrzygać, czy laboratoryjnie stworzone mięso w istocie jest akceptowalne dla wegan – naukowcy muszą pobierać tkanki od krów, żeby je potem sklonować, ale chcieliby w przyszłości ograniczyć korzystanie z produktów pochodzenia zwierzęcego tylko do komórek macierzystych. Nie chcę też wdawać się w dywagacje etyczne – czy weganie faktycznie chcieliby doprowadzić do tego, by zwierzęta nie cierpiały, czy raczej do tego, żeby zwierząt wcale się nie hodowało. Zamiast tego napiszę o tym, że zarówno hodowla nowych gatunków roślin, jak i laboratoryjna hodowla mięsa zdatnego do jedzenia to przyszłość, i wszyscy powinniśmy cieszyć się z jej rozwoju z dwóch powodów.

Po pierwsze, takie działania mogą wpłynąć pozytywnie na nasze środowisko. Pierwszy burger stworzony od początku do końca w laboratorium w 2013 kosztował 330 000 USD. Podobno nie był zbyt smaczny. Oczywiście taka cena za jeden kotlet to zupełne szaleństwo, ale jeśli doprowadzimy do masowej produkcji, laboratoryjne mięso będzie tańsze niż hodowla zwierząt. Co to oznacza dla środowiska? Zwierzęta hodowlane dorzucają swoją cegiełkę do globalnego ocieplenia wydzielając metan – gaz cieplarniany gorszy nawet od dwutlenku węgla. Dodajmy do tego, że w 2050 roku przewiduje się podwojenie produkcji mięsa w stosunku do roku 1999. Jeśli największym graczom na rynku mięsnym bardziej będzie się opłacać utrzymywać hodowlę sklonowanych tkanek, niż żywych krów, ilość zwierząt hodowlanych na pewno spadnie. Z korzyścią zarówno dla środowiska, jak i dla warunków, w jakich będzie się hodować pozostałe stada.

Po drugie, to po prostu walka z głodem. Wspomniany przeze mnie przed chwilą przewidywany dwukrotny skok w produkcji mięsa i tak nie będzie w stanie zaspokoić popytu, który za 40 lat ma być o 2/3 większy niż dzisiaj. To znaczy, że albo znajdziemy sposób, by produkować mięso bardziej efektywnie, albo nie starczy go dla wszystkich. Oczywiście najbiedniejszych i tak nie stać na mięso, ale nie można zapominać, że zmniejszając liczbę hodowli oszczędzamy: ziemię (na której można hodować zboże i warzywa), wodę pitną (której mamy bardzo ograniczone zapasy) oraz… jedzenie (trzoda w USA spożywa 7 razy tyle ziarna, co ludzie).

Dla mnie oba kierunki działania – zarówno modyfikacja istniejących roślin tak, aby smakowały lepiej i były bogatsze w składniki odżywcze, jak i sztuczna hodowla mięsa, pozwalają patrzeć w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Ilość ludzi na świecie rośnie i musimy nauczyć się, w jaki sposób zaspokoić ich głód. Już teraz całe mnóstwo nie dojada – co będzie, kiedy nasza populacja zwiększy się do 10 czy 15 miliardów, a my wciąż będziemy korzystać z takich samych rozwiązań jak dzisiaj? Na szczęście badania nad jedzeniem przyszłości są prowadzone przez cały czas i przynoszą efekty. Szkoda, że w Polsce nie przeprowadza się takich eksperymentów. Gdyby to u nas wymyślono jak klonować smaczną pierś z kurczaka, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat żyłoby się w naszym kraju dużo lepiej.

A tak w ogóle… Spróbowalibyście mięsa z probówki?

Jak liczenie kalorii zmieniło moje życie

Mechanizm chudnięcia lub tycia jest wbrew pozorom dość prosty. Jeśli dostarczasz swojemu organizmowi więcej kalorii, niż spalasz – tyjesz. Jeśli mniej – chudniesz. Człowiek codziennie, nawet leżąc w bezruchu, spala trochę kalorii. Najtrudniejsze jest więc obliczenie, na podstawie wagi i aktywności, ile możesz dziennie jeść, żeby chudnąć, a potem skrupulatne dodawanie do siebie kalorii dostarczanych organizmowi w każdym kolejnym posiłku.

Delikatnie rzecz ujmując, nie należę do najszczuplejszych osób na świecie. Problemy z wagą mam odkąd pamiętam, może poza krótkim okresem w okolicach gimnazjum, kiedy nagle urosłem tak szybko, że tłuszcz nie nadążył z ekspansją. Potem nadrobiłem, i to z górką. Wykonuję siedzącą pracę. Do pracy dojeżdżam samochodem. Apogeum wagi osiągnąłem w styczniu 2015, kiedy to w Nowy Rok ważyłem równo 120 kg, co przy moim wzroście jest bardzo dużą liczbą.

Na szczęście żyjemy w czasach Internetu i aplikacji do wszystkiego. Nie powinno nikogo dziwić, że znajdą się i takie, które po wprowadzeniu podstawowych danych (waga, wzrost, płeć, poziom aktywności, ile chcesz chudnąć na tydzień) same podliczą, ile możesz jeść. W aplikacjach tych znajduje się wartość kaloryczna większości dań i składników, jakie jesz, a okazyjne dodanie czegoś nowego czy dziwnego to nieduży wysiłek. Jest ich sporo, w ulubionym sklepie z aplikacjami na telefon na pewno znajdziesz coś dla siebie. Ja korzystam z My Fitness Pal.

Po wprowadzeniu moich danych i celów wyszło mi, że powinienem jeść niewiele więcej niż 1700 kalorii dziennie. Niby nie tak mało, ale umówmy się, nie jestem grubasem przez przypadek. Jestem nim, bo nie znam umiaru. Nie jestem osobą, która z łatwością zrezygnuje z ciastka po obiedzie (301 kcal) albo butelki dobrego piwa wieczorem (241 kcal). Lubię pizzę (285 kcal na kawałek) i nie potrafię odmówić sobie czekolady (32 kcal na kostkę mlecznej). Na szczęście z ratunkiem przychodzą ćwiczenia.

Kiedy się odchudzasz, ćwiczenia są odwrotnością jedzenia. Ćwiczenia, szczególnie aerobowe, powodują, że ilość kalorii, którą możesz w danym dniu przyjąć, wciąż chudnąc, rośnie. Dobra wiadomość jest taka: żeby móc sobie na to pozwolić, nie trzeba biegać (rozwalone kolano), jeździć na rowerze (ukradli) ani pływać (niska samoocena). Wystarczy iść na spacer. Bonus? Im jesteś grubszy, tym więcej spalasz robiąc każdy krok. Minus? Im będziesz chudszy, tym mniej kalorii zyskasz z każdego ćwiczenia. Jednak istnieje szansa, że do tego czasu trochę się uspokoisz.

W moim przypadku godzinny spacer wciąż powoduje, że mogę wypić wieczorem drinka lub zjeść na obiad kawałek kurczaka z rożna zamiast czegoś mniej kalorycznego. I znajdzie się kilka kalorii na mały deser. Zwykle chodzę dłużej. W pół roku schudłem 20 kg. Mógłbym więcej, ale czasem, głównie w weekendy, przekraczam dzienny limit kalorii. Już teraz czuję się dużo, dużo lepiej. Nie mam zadyszki od chodzenia po schodach. Poprawiło mi się ciśnienie. Nie mam wrażenia, że jestem wielką spuchniętą kulką. Ale to nie wszystko. Zacząłem się zastanawiać nad swoimi wyborami. Myśleć o konsekwencjach. Uczyć się powściągliwości. Powoli, ale skutecznie, zmieniły się nie tylko mój wygląd i waga, ale także mój sposób myślenia.

Wiem, że to nie jest recepta dla każdego. Nie próbuję twierdzić, że każdy może robić to, co ja i osiągnąć podobne efekty. Ale bez wątpienia, jeśli nie macie skomplikowanych problemów zdrowotnych, warto spróbować. Liczenie kalorii jest proste i skuteczne. Szczególnie, kiedy maszyna może odwalić część roboty za ciebie.

Pij wodę (z kranu) – część 2

Zgodnie z obietnicą daną w zeszłym tygodniu, przeprowadziłem wywiad z Kubą Skurzyńskim, który jest moim kolegą pracującym w Aquanecie. Spotkaliśmy się u niego w domu i nie omieszkałem napić się wody z kranu, żeby sprawdzić, czy smakuje tak samo, jak u mnie.

Cześć Kuba, powiedz coś o sobie.

Cześć, jestem Kuba Skurzyński. Pracuję w Aquanecie. Ale wbrew temu, co możesz myśleć, nie pracuję w dziale technicznym, ani w dziale produkcji wody, więc moje odpowiedzi będą odpowiedziami kogoś, kto się wodą po prostu interesuje. Mam nadzieję, że cię to zadowala.

Ale z tego co wiem, to już na tyle się zainteresowałeś, że byłeś nawet obejrzeć, jak woda jest produkowana.

Tak. Uczestniczyłem w dwóch wycieczkach uświadamiających i ukazujących kulisy działania Aquanetu jego pracownikom, więc można powiedzieć, że coś wiem. Widziałem dwa ujęcia wody, z których korzysta Aquanet.

To skąd bierze się wodę w Poznaniu?

W Poznaniu Aquanet korzysta z 3 głównych ujęć. W głównej mierze jest to woda z ujęć Mosina-Krajkowo oraz Dębina (na granicy Poznania i Lubonia, przy autostradzie). Trzecie ujęcie, w Gruszczynie, to jest około 5% całej wody. Jest też kilka lokalnych ujęć dla okolicznych gmin.

Jak działają te ujęcia, które widziałeś?

W ujęciu Dębina pobiera się wodę z Warty. Parę metrów pod dnem znajduje się studnia promienista, która zbiera wodę z rzeki, ale tę przesiąkającą przez dno, parę metrów w dół. Dzięki temu jest ona oczyszczona ze z odpadków i innych fizycznych zanieczyszczeń, które zatrzymują się po prostu na piasku. Stamtąd woda jest wypompowywana do zbiorników infiltracyjnych, gdzie przez około 30 dni znów przesiąka, tym razem przez dno tych zbiorników. Czyli najpierw woda jest dwukrotnie filtrowana grawitacyjnie, przez piasek. Następnie trafia do rurociągu wody surowej, którym płynie do stacji uzdatniania wody w Poznaniu, na Dębcu.

W Krajkowie pobiera się wodę głębinową, z pokładów geologicznych. Ta woda nie ma biologicznych zanieczyszczeń, w przeciwieństwie do wody z rzeki. Jest też silnie zmineralizowana. To dobre miejsce, by taką wodę pobierać, bo nakładają się tam dwa wielkie podziemne zbiorniki wody. Woda z Krajkowa trafia do stacji uzdatniania wody w Mosinie.

Co dalej dzieje się z wodą?

W stacji uzdatniania woda jest napowietrzana i wypuszczana w formie mgiełki pod wysokim ciśnieniem. Opada na specjalne kraty, tak, aby wytrąciły się z niej żelazo i mangan, których jest w wodzie za dużo. To się wytrąca, a potem zbierane jest jako odpad, który jest później wykorzystywany w oczyszczalni ścieków, na przykład do zabijania odoru. Proces produkcji wody jest maksymalnie ekologiczny, bo odpady nie trafiają na śmietnik, tylko są wykorzystywane.

Potem do wody dodaje się aktywny ozon. Jeżeli po przefiltrowaniu i napowietrzaniu coś jeszcze w tej wodzie żyje, to jest zabijane przez ozon. Jednocześnie ozon szybko reaguje, rozpada się. Dzięki temu woda, którą pobieramy z kranu już nie ma go w sobie.

Czy woda z kranu jest chlorowana?

Jest. W niewielkim stopniu, już po zakończeniu całego procesu technologicznego. Nie chloruje się jej w celu oczyszczenia, ale po to, żeby potem, w rurach, nic się w niej już nie urodziło. Tego chloru jest tak niewiele, że o ile wiem, jest praktycznie niewyczuwalny przy wyjściu.

Pijąc wodę u ciebie w domu zauważyłem, że smakuje nieco inaczej, niż u mnie. Nie jest mniej lub bardziej smaczna, ale inna w smaku. Jak myślisz, z czego to może wynikać?

Możemy dostawać po prostu wodę z różnych ujęć. Wpływ na smak wody może mieć też instalacja wodna wewnątrz budynku.

A co, jeżeli woda z kranu komuś nie smakuje, np. dlatego, że wyczuwa w niej zapach i smak chloru? Pytam, bo okazuje się, że niektóre osoby czują chlor lepiej niż inne i jest to niezależne od wyczuwania innych zapachów. Ja też nie czuję chloru w wodzie z kranu, ale są osoby, którym ta sama woda, która jest dla nas zupełnie neutralna, będzie przeszkadzać.

Trudno mi powiedzieć, ponieważ ja nie czuję tego smaku w wodzie, chociaż piję wodę z kranu w wielu miejscach, nie tylko w Poznaniu. Jeżeli ktoś czuje smak chloru może próbować zabić go cytryną i miętą, ale nie ma żadnych innych domowych sposobów, żeby pozbyć się tego zapachu. Można także stosować specjalne filtry. Ja ich jednak nigdy nie używałem. Oczywiście trudno się kłócić z tym, że ktoś czuje chlor w swojej wodzie, ale zapewniam, że jest go tam bardzo malutko.

Czy chlor w wodzie pitnej jest w jakikolwiek sposób szkodliwy dla zdrowia człowieka?

Woda musi spełniać pewne wymagania. W Aquanecie jest laboratorium, które na bieżąco sprawdza jakość wody. Co ciekawe, sprawdzana jest przy pomocy szczeżuj. To gatunek małży, bardzo czułych na zanieczyszczenia.

Na stacji uzdatniania wody są dwa akwaria. W jednym mieszkają sobie czekające na swoją kolej małże, natomiast w drugim są szczeżuje z przyczepionymi magnesami*. Przez ten zbiornik przechodzą próbki wody idącej później do sieci. Kiedy woda jest zbyt brudna, małża zamyka swoją muszlę, o czym wiemy dzięki przyczepionym magnesom. Jeśli kilka z nich zamknie swoje muszle w mniej więcej tym samym momencie, to jest to sygnał dla laboratorium, że z wodą jest coś nie w porządku i że należy przeprowadzić dodatkowe badania. To taki monitoring na bieżąco.

Ale to nie jest jedyny sposób badania wody?

Oczywiście, że nie. Laboratorium działające w stacji uzdatniania wody na bieżąco sprawdza próbki wody. Małże są tylko jednym z wielu środków zapobiegawczych.

W takim razie czym woda z kranu różni się od wody którą kupujemy w butelkach?

Nie wiem dokładnie, jaki jest proces technologiczny pozyskiwania wody butelkowanej, ale woda źródlana raczej nie jest z jakichś szczególnych źródeł wody. Na pewno są wody mineralne, które są bogatsze w minerały niż woda z kranu. Trzeba jednak pamiętać, że te minerały nie są dobre dla każdego. Często jest też tak, że woda, o której myślimy jako o wodzie mineralnej, jest w istocie wodą źródlaną. Generalnie woda z kranu i woda źródlana w butelce nie różni się niczym. Czasami woda z kranu może być nawet bogatsza w korzystne minerały.

Czy znasz jakąś straszną historię dotyczącą picia wody z kranu?

Jak byłem mały, to moja mama straszyła mnie, że jak będę pił wodę z kranu, to będę miał żaby w brzuchu. Ja to ignorowałem i z tego co wiem, nie mam żadnych żab.

A słyszałeś o jakiejś sytuacji, w której ktoś pił wodę z kranu i coś mu się stało?

Nie, nie słyszałem o niczym takim. Nie ma chyba nawet żadnych miejskich legend na ten temat. Nie wiem, skąd wynika niechęć do picia wody z kranu. Moja mama zniechęcała mnie do tego w czasach, kiedy nie było agresywnych kampanii reklamowych i nie można było powiedzieć o lobbingu producentów wody butelkowanej. Być może kiedyś faktycznie woda była mocniej chlorowana i gorszej jakości. Teraz, o ile wiem, w Polsce nie ma nawet jednego miasta, w którym nie można byłoby pić wody z kranu.

Chciałbyś coś jeszcze powiedzieć o wodzie z kranu?

Jest super. Ja naprawdę bardzo lubię smak wody z kranu. Piję tę wodę z kranu w pracy i w domu, a także jak gdzieś wyjeżdżam. Polecam i ręczę własnym zdrowiem, bo piłem wodę z kranu nawet zanim zacząłem pracę w Aquanecie.

Dzięki za rozmowę.

Też dziękuję.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać cię do picia wody z kranu. Masz pytania? Podziel się nimi w komentarzach!

Głębokie sny

Pierwszego lipca Google opublikowało w Internecie DeepDream – program wykorzystujący sztuczne sieci neuronowe do tworzenia dziwnych, niesamowitych i nieco przerażających obrazów. Sieć oszalała na punkcie głębokich snów.

Sztuczne sieci neuronowe (Artificial Neural Networks) to technologia wymyślona przez specjalistów firmy Google by komputery lepiej “rozumiały” nasz świat, a właściwie jego wizualną stronę. Służy do lepszego katalogowania i klasyfikowania obrazów. To dzięki niej Google Photos jest w stanie rozpoznawać, co dzieje się na zdjęciach, które przechowujesz w tej usłudze (chociaż nie zawsze robi to dobrze). Teraz dzięki niej powstaje także dziwna i niepokojąca sztuka.

Sztuczne sieci neuronowe działają wyszukując i identyfikując w zdjęciach najróżniejsze wzory i schematy (np. twarze). DeepDream zaś, opierając się na tym kodzie, po znalezieniu danego wzoru na zdjęciu lekko edytuje obraz, by wyglądał bardziej, jak ten wzór. A potem jeszcze raz, od początku.

Po wielu powtórzeniach zwykły pejzaż, selfie czy skan renesansowego obrazu zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. W zależności od tego, jakie wzory kazaliśmy wyszukiwać programowi, efekt może być piękny lub przerażający, bardziej lub mniej abstrakcyjny czy surrealistyczny. Chyba najbardziej rozpoznawalnym i najczęstszym efektem uzyskiwany dzięki głębokim snom są niesamowite ilości oczu i zwierzęcych twarzy. Ale nie ma co się dziwić – sztuczne sieci neuronowe zostały wymyślone właśnie po, by znajdywać tego rodzaju wzory.

Istnienie sztucznych sieci neuronalnych oznacza, że maszyny nas widzą. Po raz pierwszy w historii człowiekowi udało się zaprogramować komputer w taki sposób, by dość dokładnie rozpoznawał co znajduje się na obrazie, który analizuje. Może to brzmieć dość przerażająco, ale obcujemy z tym już jakiś czas. Facebook mając kilka Twoich fotek wie, na jakich jeszcze jesteś zdjęciach, nawet, jeśli nie pozwalasz mu na pokazywanie tego publicznie. Teraz Google Photos pozwala ci przeszukiwać swoje zdjęcia w poszukiwaniu zdjęć jedzenia, osób czy pejzaży, mimo, że nie zostały im nadane żadne tytuły.

Potencjalne zastosowania tego rodzaju algorytmów nie mieszczą się w głowie. Z jednej strony wyobrażam sobie, jak superszybkie komputery pomagają znajdować osoby zaginione przeszukując terabajty danych pod kątem wzoru twarzy. Z drugiej, jak te same algorytmy pozwalają autorytarnym władzom zidentyfikować lub odnaleźć każdego członka manifestacji czy protestu.

Jak ważny jest w tej całej sprawie program do robienia dziwnych obrazków? DeepDream pozwala nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób rozumie i postrzega nasz świat prymitywna sztuczna inteligencja. Pozwala nam domniemywać, że jeżeli kiedykolwiek będziemy mieli do czynienia z prawdziwym, niezależnym AI, to będzie ono właśnie takie – obce i widzące świat w zupełnie inny sposób niż my. Przypomnij sobie Terminatora, ujęcie z oczu T-800. Filmowcy wyobrazili sobie sposób widzenia maszyny jako obraz z czerwonym filtrem, na którym znajduje się mnóstwo cyferek i wskaźników. Terminator widział tak jak my, tylko na czerwono i z podpowiedziami. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że widziałby jak DeepDream. Wyszukiwałby i identyfikował wzory – drzwi, twarzy, psa, okularów. Bardzo szybko.

Póki co jednak nie zagraża nam ani zła sztuczna inteligencja (powątpiewam zresztą, by sztuczna inteligencja była dla nas faktycznym zagrożeniem, ale to temat na inną notkę), ani totalitarny rząd. Chyba możemy po prostu cieszyć się z łatwiejszego przeszukiwania swoich zdjęć i pięknych, chociaż trochę niepokojących obrazów tworzonych za pomocą algorytmów. Mi one niesamowicie się podobają.

Tymczasem najlepsze Głębokie Sny doczekały się już kilku galerii w znanych i popularnych portalach, np. na Wired, The Telegraph i Dazed. Ale to nie koniec. Głębokie sny występują także w wersji wideo. Dlatego na deser obejrzyj sobie fragment “Las Vegas Parano”.

Jeżeli chcesz stworzyć własne obrazy, możesz zrobić to łatwo, korzystając np. z sieciowej aplikacji Dreamscope, albo trudniej (ale mając dużo większy wpływ na ostateczny efekt), czyli korzystając z publicznie dostępnych na GitHubie repozytoriów do Głębokich Snów w obrazie, jak i w wideo. Nie zapomnij podzielić się swoimi dziełami np. na Twitterze, pod hasztagiem #DeepDream.

Pij wodę (z kranu)

Pewnie wiesz, że dorosłej osobie zaleca się pić 6 – 8 szklanek wody dziennie. Prawdopodobnie nie wiesz, że codziennie to robisz. Być może słyszałeś lub słyszałaś, że lepiej (dla zdrowia) jest pić więcej wody, niż ta zalecana ilość. Albo że herbata lub kawa tak naprawdę odwadnia i nie powinno się jej liczyć do ilości pitej wody. A co, gdybym Ci powiedział, że większość tego, co wiesz o piciu wody to nieporozumienia i mity?

Zacznijmy od tego, że nigdy nie udowodniono, żeby picie większej ilości wody niż zalecana miało jakikolwiek pozytywny skutek na zdrowie człowieka. Po drugie, przeciętny człowiek “pije” dziennie mniej więcej 6 do 8 szklanek wody. A właściwie przyjmuje do organizmu, ponieważ do tego limitu należy liczyć także inne napoje oraz wodę występującą w jedzeniu. Dodajmy do tego powszechne (i błędne) przekonanie, że woda z kranu nie nadaje się do picia i być może uda nam się zauważyć, kto jest beneficjentem większości wyżej przedstawionych mitów. Firmy sprzedające wodę w butelkach.

Jestem daleki od szerzenia teorii spiskowych, w których główną rolę grają złe korporacje pragnące zagłady ludzkości. Jednak jestem pewien, że kiedy w grę wchodzą grube pieniądze, wielkie firmy nastawione na zysk potrafią zachowywać się nieetycznie. W tym przypadku niby nie dzieje się nic strasznego – od nadmiaru wody raczej nikt nie umrze (przynajmniej dopóki nie próbuje wypić 15-20 litrów w ciągu doby). Ale czy na pewno?

Sprzedaż wody butelkowanej ma bezpośredni związek ze wzrostem świadomości zdrowotnej wśród społeczeństw bogatego zachodu. Ludzie nie chcą kupować słodkich napojów, bojąc się otyłości lub cukrzycy. Jak zarobić na osobach chcących dbać o zdrowie? Dać im coś, co nie jest szkodliwe i sprzedać od 240 do 10 000 razy drożej, mówiąc, że jest zdrowe. Tak, butelkowana woda, którą pijecie jest od 240 do 10 000 razy droższa, niż taka sama woda w waszych kranach. Za co więc się tyle płaci? Trochę na pewno za opakowanie. Za plastikowe butelki, produkowane na masową skalę, w procesie produkcji zatruwające nasze środowisko naturalne, a po wykorzystaniu zalegające na wysypiskach, w lasach, na ulicach. Reszta to czysty zysk. Dla korporacji oczywiście. Przeciętny mieszkaniec tej planety traci na butelkowanej wodzie jeszcze więcej.

Dlaczego? Ponieważ picie i kupowanie butelkowanej wody jest wspieraniem zacofanej i dziwacznej wizji społeczeństwa. Wizji, w której dostęp do wody, niezbędnej każdemu człowiekowi do przeżycia jest przywilejem. Wizji, w której zamiast korzystać z setek lat rozwoju inżynierii i nauki, dzięki którym woda pitna dociera prosto do naszych domów – chodzimy po nią do sklepów, jak kiedyś chodziliśmy z dzbanami do źródeł. Dzisiaj 11% ludzi na ziemi wciąż nie ma stałego dostępu do czystej wody pitnej. My, mając ją na wyciągnięcie ręki, zamiast korzystać z niej rozsądnie, wspieramy wielkie firmy lobbujące przeciwko uznaniu dostępu do wody pitnej prawem człowieka. Zamiast lokalnym, kontrolowanym przez miasto wodociągom, dajemy swoje pieniądze międzynarodowym korporacjom, które niespecjalnie kwapią się do publicznego ujawniania w jaki sposób pozyskują wodę, którą potem z takim zyskiem nam sprzedają.

Gdybyśmy zamiast kupować butelkowaną wodę korzystali z tej w kranach, zostałoby nam w kieszeniach tyle pieniędzy, że z powodzeniem moglibyśmy zmodernizować i rozbudować system publicznego dostępu do wody tak, żeby w każdej szkole, urzędzie czy nawet na ulicy spragniony mógł napić się czystej wody. Tak jak to było w starożytnym Rzymie. Pijąc wodę z kranu wspieramy przyszłość, w której dostęp do wody jest prawem, a nie przywilejem, a rezygnując z plastiku dbamy o środowisko. Nie mówiąc już o tym, że woda z kranu jest po prostu zdrowa i często zawiera więcej minerałów niż ta butelkowana (szczególnie, jeśli mowa o wodzie “źródlanej”). Same plusy!

Alternatywny Mieczkowski

Zapytałem na Twitterze. Okazało się, że nie tylko ja od czasu do czasu myślę o tym, co by się stało z moim życiem, gdybym kiedyś, gdzieś postąpił inaczej. Niektórzy żałują swoich decyzji i oddaliby wszystko, żeby cofnąć czas, inni nie, ale prawie każdy się nad tym zastanawia.

To trochę jak z powieściami wykorzystującymi motyw historii alternatywnej – lubimy wierzyć, że jedno kluczowe wydarzenie zmieniłoby świat wokół nas. Gdybym skończył studia. Gdybym przyjął tamtą pracę. Gdybym walczył o tamtą dziewczynę. Chcemy widzieć swoje życia jako ciąg punktów zwrotnych, obracających nasze losy o 180 stopni. Jak w fantastyce, chociaż kaliber trochę inny. Gdyby Aleksander Macedoński nie umarł na malarię. Gdyby Napoleaon wygrał pod Waterloo. Gdyby II Rzeczpospolita podpisała pakt militarny z III Rzeszą.

la mnie także teoria wielkiej zmiany zapoczątkowanej małym wydarzeniem jest atrakcyjna. Dlatego postanowiłem wykorzystać swoje nadprzyrodzone zdolności* i sprawdzić jak mi poszło w alternatywnych wszechświatach, w których kiedyś podjąłem inną decyzję (lub świat zrobił to za mnie) i moje życie potoczyło się innymi torami.

* – wyobraźnię

Proste życie

Po rzuceniu studiów przeprowadzam się z powrotem do Kołobrzegu. Na początku mieszkam trochę z rodzicami, którzy nawet nie mają do mnie większych pretensji, a kiedy dostaję pracę na stacji benzynowej, wyprowadzam się, żeby wynająć z kumplem mieszkanie. Pracuję zmianowo, za niewielką kasę, ale na warunki mojego rodzinnego miasta nie jest źle. Po pracy gram ze współlokatorem w gry online i palę trawkę. Od czasu do czasu wyjeżdżamy za miasto w poszukiwaniu opuszczonych budynków i robimy im zdjęcia, które robią małą furorę w internecie. Lubię spacery nad morzem i mam niezły kontakt z młodszym bratem.

Kilkakrotnie zmieniam pracę – pracuję na zmywaku w hotelowej restauracji, jestem magazynierem w sklepie ogrodniczym i w końcu zostaję kasjerem w Żabce. Wszystko zmienia się momentalnie w ciągu gorącego nadmorskiego lata. W całym mieście słychać dudniący bas. Kierowca białego BMW ucieka przed policją. W bagażniku ma 11 kilogramów amfetaminy, którą przywiózł na Sunrise Festival. W dniu, kiedy dostaję wymarzony i zasłużony awans na kierownika sklepu – diler przejeżdża mnie na pasach. Niestety, w tym alternatywnym świecie Oskar Mieczkowski już nie żyje, chociaż miał całkiem dobre życie.

Szef kuchni poleca

Zaraz po skończeniu liceum postanawiłem iść do pracy na wakacje, żeby trochę sobie dorobić. Los chce, że załapałem się do restauracji w jednym z kołobrzeskich hoteli. No dobra, los ma z tym niewiele wspólnego, po prostu moja mama zna dyrektora tego hotelu. Przez całe wakacje pracowałem jako pomoc kuchenna, ucząc się jak powinno się kroić cebulę oraz ile minut gotuje się jajko. Ku swojemu zdziwieniu odkrywam, że uwielbiam gotować, a cieżka praca w kuchni jest niesamowicie satysfakcjonująca.

Po wakacjach wyjeżdżam na studia, ale zarobiona kasa szybko się kończy, stosunki międzynarodowe w ogóle mnie nie interesują, a każdą wolną chwilę spędzam na wymyślaniu własnych przepisów. Sesję zdaję ledwo co. Chcę rzucić studia, ale za namową rodziców tylko przepisuję się na zaoczne. Dostaję pracę w restauracji. Po licencjacie nie kontynuuję nauki – nie mam już na to czasu. W kuchni idzie mi świetnie. Zaczynam prowadzić bloga kulinarnego, który szybko staje się stosunkowo znany. Szczególną popularnością cieszą się moje polskie wersje znanych międzynarodowych dań: sushi z polską kiełbasą, spaghetti polonaise i buraczane burrito. Rozszerzam swoją działalność na YouTube, gdzie jestem znany jako Kuchenny Karateka. Domyślacie się jaka jest formuła programu?

Kiedy kariera szefa kuchni staje przede mną otworem dzięki propozycji z jednej z największych i najlepszych restauracji w Polsce przeżywam pierwszy zawał. Robiąc tyle dobrego jedzenia nie byłem w stanie powstrzymać się przed jedzeniem go w niezbyt zdrowych ilościach. Niestety, w tym alternatywnym świecie Oskar Mieczkowski także jest już trupem, bo chociaż niczego nie żałował, to 180 kg, cholesterol i trzeci zawał zrobiły swoje.

Tłum szaleje

Po nagraniu pierwszego dema w 2010 roku moja kapela, Dead Gentlemen przechodzi chwilowy kryzys. Jeden z naszych kompozytorów, nasz basista Tomek, odchodzi z kapeli, ale kiedy wreszcie udaje nam się znaleźć jego zastępstwo, okazuje się, że dzięki tej zmianie eksploduje talent kompozytorski naszego gitarzysty, Arka. Zasypuje nas pomysłami na kawałki, które są bez porównania lepsze, niż cokolwiek, co do tej pory zrobiliśmy. W kilka miesięcy całkowicie zmieniamy nasz koncertowy set i pewni swego ruszamy w wakacje w pierwszą trasę koncertową.

Jeździmy po Polsce w wynajętym, rozklekotanym busie, grając za piwo i zwrot kosztów podróży. Kilka dużych miast, trochę zupełnych dziur, ale wszędzie odbiór naszej muzy jest niesamowicie pozytywny, nawet tam, gdzie na koncercie zjawia się 10 osób łącznie z obsługą. Po koncertach ludzie podchodzą do nas i traktują jak prawdziwe gwiazdy rocka. Pytają o płyty, wlepki, koszulki. W połowie trasy przyjeżdża do nas kurier z zamówionym przez internet merchem, dzięki czemu przestajemy dokładać z własnej kieszeni do koncertowania. Impreza trwa w najlepsze, 2 miesiące praktycznie nie trzeźwiejemy, ale po powrocie do Torunia nie możemy na siebie patrzeć. Dopiero kiedy ni stąd, ni zowąd dostajemy propozycję zagrania kilku koncertów w Niemczech, wracamy do sali prób. Okazuje się, że na jednym z naszych letnich koncertów zupełnie przypadkowo zjawił się promotor chcący wziąć nas pod swoje skrzydła. Znów zawieszamy topór wojenny, by poświęcić się graniu.

Tydzień koncertów w Niemczech to totalny szał, który kończy się złamaniem przeze mnie ręki, przypadkowym podpaleniem sceny klubu w Hamburgu i totalnym rozkraczeniem się busika. Do Polski wracamy pociągiem, zmęczeni i zadowoleni jak nigdy. Po miesiącu ciszy podpisujemy kontrakt z Nuclear Blast i w ciągu pół roku wydajemy pierwszą płytę. Szczęście nas nie opuszcza. Kolejne lata to ciągłe koncerty i wizyty w studio. Ani na moment się nie zatrzymujemy. Niestety, Oskar Mieczkowski dołącza do “Klubu 27”, ginąc w bójce pod knajpą, w której miał zagrać koncert. Podobno w zdarzeniu brali udział także inni członkowie zespołu, ale nikt tego nigdy nie udowodnił. Fani nie ustają jednak w mnożeniu teorii spiskowych nt. prawdziwej przyczyny śmierci Mieczkowskiego.

Zwierzęcy magnetyzm

Kiedy jako dziecko dostaję pierwszego pieska (jamnika ze schroniska), okazuje się on być wspaniałym zwierzęciem, które nie gryzie mnie w twarz, zostawiając na zawsze bliznę pod okiem. Zamiast tego jest spokojny i kochany, co pomaga mi wcześnie odkryć moją miłość do wszelkich żywych stworzeń. Rodzice nie boją się przyjmować do siebie i adoptować kolejnych zwierząt mających w życiu pecha, a ja zajmuję się nimi wszystkimi. Po kilku latach mamy w domu prawdziwe małe zoo. Idąc do liceum wybieram klasę biol-chem, ponieważ wiem, że chcę zostać weterynarzem, jak mój dziadek, któremu pomagam w praktyce od lat.

Na studiach jestem wolontariuszem w schronisku dla zwierząt. Strasznie im wszystkim współczuję, ale jednocześnie cieszę się, że mogę się nimi opiekować. Dziadek chce, żebym po studiach wrócił do Kołobrzegu i przejął po nim praktykę, ale ja mam inne marzenie. Zostaję w Poznaniu i zatrudniam się w Ogrodzie Zoologicznym. W życiu prywatnym także otaczam się zwierzętami. Mam 2 psy, kota, papużki nierozłączki, 3 żółwie błotne, chomika i węża boa. Jednak los chce, żeby Oskar Mieczkowski zginął w młodym wieku na służbie, przygnieciony przez hipopotama. Dziadek w każdą rocznicę mojej śmierci powtarza, że miał rację, kiedy proponował mi powrót do Kołobrzegu i powinienem był go posłuchać.

Jak prawie zostałem gwiazdą rocka

Kiedy byłem całkiem mały, chciałem być dobrym piratem. Potem, zafascynowany dinozaurami – paleontologiem. Następnie astronomem, a w okolicach 4 klasy jednak piłkarzem. Potem jednak poszedłem do gimnazjum, gdzie poznałem osoby, z którymi mogłem próbować spełniać swoje marzenia. A wtedy chciałem być gwiazdą rocka.

Rok 1999. W domu obok mojego kumpla z klasy, Kamila, mieszka Grzesiek. Grzesiek jest gitarzystą zespołu anarchopunkowego. Uczy Kamila kilku pierwszych chwytów na gitarze. W zamian za zrobienie chujowej strony internetowej ja i Kamil dostajemy naszywki i (świeże jeszcze) płyty CD, a nawet jednego winyla, który żaden z nas nie ma na czym odtworzyć. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek skończyliśmy im tę stronę, ale za to udało nam się wkręcić do ich sali prób jako młody zespół, Kufel Piva. Ja śpiewałem. Dostaliśmy mniejszą salkę w garażu obok zakładu weterynarii na ul. Kamiennej w Kołobrzegu. Umeblowaliśmy ją sobie w dywany na ścianach i wytłaczanki z jajek sami i płaciliśmy za salkę co drugi miesiąc, na przemian ze starszymi kolegami. W garażu był odłączony kibel, a napoje wyskokowe kupowaliśmy nieopodal w sklepie “Baryłka”. Potem okazało się, że właściciel tego garażu wyrzuca nas z próbowni, bo było mu płacone tylko co drugi miesiąc.

Byliśmy strasznie kiepską kapelą punk rockową, graliśmy przez kilka lat, ewoluując w różnych kierunkach, zmieniając kilkakrotnie skład, występując w okolicach naszego rodzinnego Kołobrzegu kilka razy w roku. Na nasze koncerty ktoś przychodził, może nawet mieliśmy kilku fanów. Być może nie byliśmy całkowicie beznadziejni, ale niestety trudno stwierdzić, ponieważ do dzisiejszych czasów nie zostały mi zupełnie żadne materiały związane z zespołem (oprócz kilku zdjęć w bardzo słabej jakości). Potem, kiedy rozwiązaliśmy zespół, założyłem następny – Wujek Gagarin. Nawet nagraliśmy demo, ale też nigdzie nie mam tych piosenek. Wydaje mi się, że nie były specjalnie ambitne, bo zaraz po nagraniu demówki kapela się rozpadła. Ale może to z innego powodu?

Jednak kołobrzeskie przygody były zupełnie niczym w porównaniu do tego, co stało się później. Studiowałem w Toruniu. Mieszkałem z kumplem z Kołobrzegu, Tomkiem, który pogrywał w różnych dziwnych kapelach na basie. Ja chciałem wrócić do śpiewania. Nie pamiętam, w jaki sposób odezwał się do mnie Arek – gitarzysta, ale wydaje mi się, że za pośrednictwem jakiegoś serwisu dla muzyków (pewnie musiccv.com). Poszedłem na próbę, okazało się, że Arek ma perkusistę, Marka, więc szukają też kogoś do gry na basie. Na następną próbę wziąłem ze sobą Tomka i tak już zostaliśmy.

Nie wiem, ile zagraliśmy koncertów, ale nie wyruszyliśmy nigdzie dalej niż do Bydgoszczy. Graliśmy trochę metalcore’owo, trochę eksperymentalnie. Kłóciliśmy się, piliśmy tanie browary pod mostem kolejowym, jaraliśmy i chyba wszyscy byliśmy dość nieszczęśliwi. Ja na pewno. Poznaję choćby po tekstach, które wtedy pisałem. Nie były bardzo górnolotne, bo miały być pretekstem do dobrego darcia ryja, ale słyszę w nich jednak przewijający się smutek. Co ciekawe, kapela rozpadła się tuż po nagraniu dema. Tym razem nie dlatego, że było słabe, a przez konflikty wewnątrz zespołu. Mieliśmy do siebie nawzajem pretensje o ilość czasu, którą każdy z nas poświęca kapeli. Najpierw wykruszył się Tomek, potem ja przeprowadziłem się do Poznania i przyjeżdżałem bardzo rzadko. A jak przyjeżdżałem, mogło się okazać, ze ktoś nie przyszedł na próbę i nie odbiera telefonu. Nie rozmawialiśmy ze sobą od lat, ale ja bardzo dobrze wspominam i chłopaków i muzykę, którą razem zrobiliśmy. Dla odmiany – po tej kapeli coś zostało. Poniżej 3 kawałki, które nagraliśmy na początku 2010 roku. I chociaż nie zostałem gwiazdą rocka – było warto! Nauczyłem się dzięki Dead Gentlemen sporo. Dzisiaj jestem bardziej zdeterminowany do spełniania swoich marzeń.

Trzy powody, żeby nauczyć się gotować

Naprawdę lubię gotować. Oglądam programy telewizyjne o gotowaniu. Czytam blogi. Wreszcie – gotuję. Prawie codziennie, od wielu lat. Dziś to moje hobby, a zaczęło się od tego, że jako nastolatek musiałem ogarnąć o co chodzi z tą całą kuchnią, bo inaczej po prostu chodziłbym głodny. Rodzice dużo wtedy pracowali, a ile można jeść kanapek?

Kilkanaście lat temu nie sądziłem, że gotowanie może przynieść mi aż tyle pożytku. Teraz wiem, że nauka przygotowywania potraw była jedną z najlepszych inwestycji, jakich w życiu dokonałem. Przejdźmy jednak do konkretów.

1. Zaoszczędzisz hajs

Może to i prozaiczne, ale gotowanie, szczególnie dla kilku osób, jest po prostu tańsze niż jedzenie na mieście, zamawianie pizzy, a nawet od gotowego żarcia. Mrożonki i chińskie zupki nie należą do najdroższych rzeczy na świecie, ale racjonalne zrobienie zakupów z których zrobi się obiady na najbliższych kilka dni to po prostu najtańsza opcja.

Oczywiście, jeśli kupujesz lepsze produkty, wyjdzie więcej kasy, ale wtedy trudno to porównywać z najtańszą zupką czy pierogami z Biedry. Biorąc pod uwagę jakość, przygotowanie posiłku samemu zawsze wychodzi taniej.

W jaki sposób robić jak najlepsze zakupy? Po pierwsze – zrób listę. Zapisz na niej wszystko, co występuje w przepisach, które chcesz przygotować. Po drugie – jeśli masz czas, idź na rynek po warzywa, a po mięso – do mięsnego. Praktycznie zawsze wyjdziesz na tym lepiej, niż na wizycie w supermarkecie. Lepiej kupować świeże rzeczy często, niż robić rzadko duże zakupy. Po trzecie – kupuj z głową. Kupuj tyle, ile potrzebujesz, nie dawaj się naciągnąć promocjom na coś, co będzie potem tygodniami leżeć w lodówce niewykorzystane.

2. Będziesz jeść bardziej smacznie i zdrowo

Świeże jedzenie z dobrych składników jest dużo lepsze od gotowców. Jeśli nie masz budżetu pozwalającego Ci codziennie wydać w restauracji około stówy, to jest spora szansa, że potrawy, które będziesz robić w domu będą zdrowsze i w wielu wypadkach smaczniejsze od tego, co zwykle jesz na mieście. Przy okazji przygotowując jedzenie będziesz dowiadywać się o nim coraz więcej. To w efekcie spowoduje, że twoja dieta będzie coraz lepiej zbilansowana.

Bardzo ważne dla smaku potraw – i tę lekcję musisz odrobić jako pierwszą – są przyprawy. Zaopatrz się w różnego rodzaju zioła, nasiona, proszki, płyny i pasty. Unikaj mieszanek, a szczególnie takich, które składają się przede wszystkim z soli. Mając wiele przypraw do wyboru i próbując co z czym najlepiej smakuje, dojdziesz do wprawy bardzo szybko i osiągniesz lepsze efekty niż z pomocą nawet najwymyślniejszych gotowych produktów. I pamiętaj, że generalnie z przyprawami jest jak z innymi składnikami – świeże zwykle jest lepsze, choć są wyjątki, jak np. ocet balsamiczny, który prawdopodobnie wolisz mieć dość stary.

3. Ludzie będą cię uwielbiać

Słyszałeś kiedyś powiedzenie “przez żołądek do serca”? Jest prawdziwe. Gotowanie nie tylko sprawi, że zaimponujesz osobie, która wpadła ci w oko. To idealne “sto lat”, “przepraszam” i “gratuluję”. Zdolność zrobienia czegoś pysznego sprawi, że każda okazja będzie wydarzeniem, a każdy zwykły dzień będzie jak wyjątkowa okazja. Mało tego, zasada działa nie tylko z ukochanymi, ale też z każdym z twoich znajomych. Ludzie będą wspominać twoje imprezy jako najlepsze w swoim życiu. Mówię serio. Zdarzyło mi się po pół roku usłyszeć od kumpla, że kurczak, którego przygotowałem na ostatniego Sylwestra był niesamowity. Koleżanka z Torunia wspomina wegeburgery, które zrobiłem jej na kaca niemal przy każdym spotkaniu.

Pamiętaj tylko, że doskonałe potrawy są nie tylko pyszne, ale także świetnie wyglądają. Aspekt wizualny ma zasadnicze znaczenie dla jedzenia. Napędza apetyt i podbija smaki. Coś, co wizualnie ci się podoba zawsze będzie Ci lepiej smakować, niż brzydka breja.

I pamiętaj, czasami pewnie coś ci nie wyjdzie. To normalne. Dlatego mam dla ciebie ostatni protip: jeśli masz przed sobą ważną okazję, korzystaj tylko ze sprawdzonych przepisów. Ja nigdy nie zawiodłem się na blogu Kwestia Smaku. Za to rewelacyjny w pewnych kwestiach Kukbuk bywa na bakier z proporcjami i kolejnością wykonywanych czynności.

To jak, kiedy zaczynasz gotować?