Jak liczenie kalorii zmieniło moje życie

Mechanizm chudnięcia lub tycia jest wbrew pozorom dość prosty. Jeśli dostarczasz swojemu organizmowi więcej kalorii, niż spalasz – tyjesz. Jeśli mniej – chudniesz. Człowiek codziennie, nawet leżąc w bezruchu, spala trochę kalorii. Najtrudniejsze jest więc obliczenie, na podstawie wagi i aktywności, ile możesz dziennie jeść, żeby chudnąć, a potem skrupulatne dodawanie do siebie kalorii dostarczanych organizmowi w każdym kolejnym posiłku.

Delikatnie rzecz ujmując, nie należę do najszczuplejszych osób na świecie. Problemy z wagą mam odkąd pamiętam, może poza krótkim okresem w okolicach gimnazjum, kiedy nagle urosłem tak szybko, że tłuszcz nie nadążył z ekspansją. Potem nadrobiłem, i to z górką. Wykonuję siedzącą pracę. Do pracy dojeżdżam samochodem. Apogeum wagi osiągnąłem w styczniu 2015, kiedy to w Nowy Rok ważyłem równo 120 kg, co przy moim wzroście jest bardzo dużą liczbą.

Na szczęście żyjemy w czasach Internetu i aplikacji do wszystkiego. Nie powinno nikogo dziwić, że znajdą się i takie, które po wprowadzeniu podstawowych danych (waga, wzrost, płeć, poziom aktywności, ile chcesz chudnąć na tydzień) same podliczą, ile możesz jeść. W aplikacjach tych znajduje się wartość kaloryczna większości dań i składników, jakie jesz, a okazyjne dodanie czegoś nowego czy dziwnego to nieduży wysiłek. Jest ich sporo, w ulubionym sklepie z aplikacjami na telefon na pewno znajdziesz coś dla siebie. Ja korzystam z My Fitness Pal.

Po wprowadzeniu moich danych i celów wyszło mi, że powinienem jeść niewiele więcej niż 1700 kalorii dziennie. Niby nie tak mało, ale umówmy się, nie jestem grubasem przez przypadek. Jestem nim, bo nie znam umiaru. Nie jestem osobą, która z łatwością zrezygnuje z ciastka po obiedzie (301 kcal) albo butelki dobrego piwa wieczorem (241 kcal). Lubię pizzę (285 kcal na kawałek) i nie potrafię odmówić sobie czekolady (32 kcal na kostkę mlecznej). Na szczęście z ratunkiem przychodzą ćwiczenia.

Kiedy się odchudzasz, ćwiczenia są odwrotnością jedzenia. Ćwiczenia, szczególnie aerobowe, powodują, że ilość kalorii, którą możesz w danym dniu przyjąć, wciąż chudnąc, rośnie. Dobra wiadomość jest taka: żeby móc sobie na to pozwolić, nie trzeba biegać (rozwalone kolano), jeździć na rowerze (ukradli) ani pływać (niska samoocena). Wystarczy iść na spacer. Bonus? Im jesteś grubszy, tym więcej spalasz robiąc każdy krok. Minus? Im będziesz chudszy, tym mniej kalorii zyskasz z każdego ćwiczenia. Jednak istnieje szansa, że do tego czasu trochę się uspokoisz.

W moim przypadku godzinny spacer wciąż powoduje, że mogę wypić wieczorem drinka lub zjeść na obiad kawałek kurczaka z rożna zamiast czegoś mniej kalorycznego. I znajdzie się kilka kalorii na mały deser. Zwykle chodzę dłużej. W pół roku schudłem 20 kg. Mógłbym więcej, ale czasem, głównie w weekendy, przekraczam dzienny limit kalorii. Już teraz czuję się dużo, dużo lepiej. Nie mam zadyszki od chodzenia po schodach. Poprawiło mi się ciśnienie. Nie mam wrażenia, że jestem wielką spuchniętą kulką. Ale to nie wszystko. Zacząłem się zastanawiać nad swoimi wyborami. Myśleć o konsekwencjach. Uczyć się powściągliwości. Powoli, ale skutecznie, zmieniły się nie tylko mój wygląd i waga, ale także mój sposób myślenia.

Wiem, że to nie jest recepta dla każdego. Nie próbuję twierdzić, że każdy może robić to, co ja i osiągnąć podobne efekty. Ale bez wątpienia, jeśli nie macie skomplikowanych problemów zdrowotnych, warto spróbować. Liczenie kalorii jest proste i skuteczne. Szczególnie, kiedy maszyna może odwalić część roboty za ciebie.