Czy bekon jest rakotwórczy?

Tydzień temu świat obiegła zatrważająca wiadomość: przetworzone i czerwone mięsa są rakotwórcze! Mało tego, Światowa Organizacja Zdrowia zakwalifikowała je do tej samej kategorii rakotwórczości, co papierosy. Rozpętała się medialna panika. Panie sprzedawczynie ze stoisk mięsnych w supermarketach ponadwyrężały sobie mięśnie od wzruszania ramionami w geście bezradności, bo co drugi klient wypytuje je o tego raka. Weganie otworzyli swoje chowane na taką okazję 300-letnie szampany. Ale o co właściwie chodzi z tą rakotwórczością? Czy jeśli dbam o zdrowie, to powinienem zrezygnować z bekonu na zawsze?

Prawdą jest, że WHO zakwalifikowało przetworzone mięso do grupy 1 rakotwórczości. Tymczasem czerwone mięso zostało zakwalifikowane do grupy 2A. Szybki rzut oka pozwala stwierdzić, że papierosy w istocie są w tej samej grupie, co przetworzone mięso. Pewnie dlatego, że to bardzo szeroka grupa – jest w niej po prostu wszystko, co naukowcy z WHO uznali za rakotwórcze. Tak, grupa 1 to po prostu „rzeczy, o których wiemy, że są rakotwórcze”. Znajdują się w niej m.in. zanieczyszczone powietrze, światło słoneczne, papierosy, alkohol, azbest, praca przy produkcji aluminium lub wyrobów ze skóry i jedzenie przetworzonego mięsa. Jak się pewnie domyślacie, w tak szerokiej grupie rakotwórczość rakotwórczości nierówna. Grupa 2A zawiera czynniki „prawdopodobnie rakotwórcze”. Całą klasyfikację znajdziecie tutaj.

Żeby dobrze zrozumieć, o co w tym całym zamieszaniu chodzi, potrzebujemy konkretnych danych zawartych w raporcie WHO. Można w nim przeczytać, że jedzenie 50 gramów przetworzonego mięsa dziennie powoduje wzrost ryzyka zachorowanie na raka jelita grubego o 18%. Nie znaczy to, że ryzyko wzrasta o 18 punktów procentowych (np. z 10% do 28%), a że najpierw musimy policzyć, jakie w ogóle mamy szanse na dostanie tego rodzaju raka. Wpływ na to mają najróżniejsze substancje i aktywności (także część wymienionych powyżej). Żeby łatwiej nam się liczyło, założymy, że już mamy 10% szans na zachorowanie. 18% z 10% to 1,8%. Czyli codzienne jedzenie na śniadanie np. smażonej kiełbaski i jajka na boczku powoduje, że nasze ryzyko zachorowania wzrasta z 10% nie do 28%, ale do 11,8%.

Aby było nam łatwiej zrozumieć, jak bardzo przetworzone mięso jest rakotwórcze, porównamy je sobie z czymś, co wiemy, że ma spory wpływ na zdrowie człowieka i dość mocno wpływa na szanse dostania raka – czyli z papierosami. Palenie powoduje 25-krotny wzrost ryzyka zachorowania na raka płuc. Innymi słowy ryzyko zachorowania palacza wzrasta o 2500%. Porównując to z 18% przetworzonego mięsa – ta druga liczba wygląda dość marnie.

Co z tego wszystkiego wynika? Bekon jest rakotwórczy. Ale nie aż tak. Jeśli nie jesz go dużo, nie powinno to mieć dużego wpływu na twoje życie. Są ważniejsze dla twojego zdrowia sprawy. Regularny ruch. Dostarczanie sobie wszystkich niezbędnych składników odżywczych (odpowiedniej ilości białek, węglowodanów i tłuszczów). Z drugiej strony może to jednak dobra okazja, by zastanowić się nad tym co jesz.

Jeśli czujesz, że przesadzasz z mięsem, to dobry moment żeby pomyśleć o alternatywach – owsianka, owoce, placki ziemniaczane, naleśniki i racuchy to całkiem niezłe śniadania. Na obiad także można zjeść dyniowo-czosnkowe risotto lub pieczoną pod pierzynką rybę zamiast steka. Najważniejsze, że nie ma co panikować – wszystko jest pod kontrolą, póki nie przesadzasz z ilością. Jak ze wszystkim w życiu.

Wegańskie Mięso

Internet obiegła sensacyjna wieść. Naukowcy z Oregon State University stworzyli wodorosty smakujące jak bekon. Algi te są pełne witamin, minerałów i antyoksydantów, a w dodatku składają się nawet w 16% z białka. To super-jedzenie posiada dwukrotnie więcej składników odżywczych od jarmużu. Cała sytuacja przypomniała mi, że od lat naukowcy próbują wyhodować sztuczne mięso.

O ile algi są całkowicie wegańskie, to nie chcę próbować rozstrzygać, czy laboratoryjnie stworzone mięso w istocie jest akceptowalne dla wegan – naukowcy muszą pobierać tkanki od krów, żeby je potem sklonować, ale chcieliby w przyszłości ograniczyć korzystanie z produktów pochodzenia zwierzęcego tylko do komórek macierzystych. Nie chcę też wdawać się w dywagacje etyczne – czy weganie faktycznie chcieliby doprowadzić do tego, by zwierzęta nie cierpiały, czy raczej do tego, żeby zwierząt wcale się nie hodowało. Zamiast tego napiszę o tym, że zarówno hodowla nowych gatunków roślin, jak i laboratoryjna hodowla mięsa zdatnego do jedzenia to przyszłość, i wszyscy powinniśmy cieszyć się z jej rozwoju z dwóch powodów.

Po pierwsze, takie działania mogą wpłynąć pozytywnie na nasze środowisko. Pierwszy burger stworzony od początku do końca w laboratorium w 2013 kosztował 330 000 USD. Podobno nie był zbyt smaczny. Oczywiście taka cena za jeden kotlet to zupełne szaleństwo, ale jeśli doprowadzimy do masowej produkcji, laboratoryjne mięso będzie tańsze niż hodowla zwierząt. Co to oznacza dla środowiska? Zwierzęta hodowlane dorzucają swoją cegiełkę do globalnego ocieplenia wydzielając metan – gaz cieplarniany gorszy nawet od dwutlenku węgla. Dodajmy do tego, że w 2050 roku przewiduje się podwojenie produkcji mięsa w stosunku do roku 1999. Jeśli największym graczom na rynku mięsnym bardziej będzie się opłacać utrzymywać hodowlę sklonowanych tkanek, niż żywych krów, ilość zwierząt hodowlanych na pewno spadnie. Z korzyścią zarówno dla środowiska, jak i dla warunków, w jakich będzie się hodować pozostałe stada.

Po drugie, to po prostu walka z głodem. Wspomniany przeze mnie przed chwilą przewidywany dwukrotny skok w produkcji mięsa i tak nie będzie w stanie zaspokoić popytu, który za 40 lat ma być o 2/3 większy niż dzisiaj. To znaczy, że albo znajdziemy sposób, by produkować mięso bardziej efektywnie, albo nie starczy go dla wszystkich. Oczywiście najbiedniejszych i tak nie stać na mięso, ale nie można zapominać, że zmniejszając liczbę hodowli oszczędzamy: ziemię (na której można hodować zboże i warzywa), wodę pitną (której mamy bardzo ograniczone zapasy) oraz… jedzenie (trzoda w USA spożywa 7 razy tyle ziarna, co ludzie).

Dla mnie oba kierunki działania – zarówno modyfikacja istniejących roślin tak, aby smakowały lepiej i były bogatsze w składniki odżywcze, jak i sztuczna hodowla mięsa, pozwalają patrzeć w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Ilość ludzi na świecie rośnie i musimy nauczyć się, w jaki sposób zaspokoić ich głód. Już teraz całe mnóstwo nie dojada – co będzie, kiedy nasza populacja zwiększy się do 10 czy 15 miliardów, a my wciąż będziemy korzystać z takich samych rozwiązań jak dzisiaj? Na szczęście badania nad jedzeniem przyszłości są prowadzone przez cały czas i przynoszą efekty. Szkoda, że w Polsce nie przeprowadza się takich eksperymentów. Gdyby to u nas wymyślono jak klonować smaczną pierś z kurczaka, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat żyłoby się w naszym kraju dużo lepiej.

A tak w ogóle… Spróbowalibyście mięsa z probówki?

Jak liczenie kalorii zmieniło moje życie

Mechanizm chudnięcia lub tycia jest wbrew pozorom dość prosty. Jeśli dostarczasz swojemu organizmowi więcej kalorii, niż spalasz – tyjesz. Jeśli mniej – chudniesz. Człowiek codziennie, nawet leżąc w bezruchu, spala trochę kalorii. Najtrudniejsze jest więc obliczenie, na podstawie wagi i aktywności, ile możesz dziennie jeść, żeby chudnąć, a potem skrupulatne dodawanie do siebie kalorii dostarczanych organizmowi w każdym kolejnym posiłku.

Delikatnie rzecz ujmując, nie należę do najszczuplejszych osób na świecie. Problemy z wagą mam odkąd pamiętam, może poza krótkim okresem w okolicach gimnazjum, kiedy nagle urosłem tak szybko, że tłuszcz nie nadążył z ekspansją. Potem nadrobiłem, i to z górką. Wykonuję siedzącą pracę. Do pracy dojeżdżam samochodem. Apogeum wagi osiągnąłem w styczniu 2015, kiedy to w Nowy Rok ważyłem równo 120 kg, co przy moim wzroście jest bardzo dużą liczbą.

Na szczęście żyjemy w czasach Internetu i aplikacji do wszystkiego. Nie powinno nikogo dziwić, że znajdą się i takie, które po wprowadzeniu podstawowych danych (waga, wzrost, płeć, poziom aktywności, ile chcesz chudnąć na tydzień) same podliczą, ile możesz jeść. W aplikacjach tych znajduje się wartość kaloryczna większości dań i składników, jakie jesz, a okazyjne dodanie czegoś nowego czy dziwnego to nieduży wysiłek. Jest ich sporo, w ulubionym sklepie z aplikacjami na telefon na pewno znajdziesz coś dla siebie. Ja korzystam z My Fitness Pal.

Po wprowadzeniu moich danych i celów wyszło mi, że powinienem jeść niewiele więcej niż 1700 kalorii dziennie. Niby nie tak mało, ale umówmy się, nie jestem grubasem przez przypadek. Jestem nim, bo nie znam umiaru. Nie jestem osobą, która z łatwością zrezygnuje z ciastka po obiedzie (301 kcal) albo butelki dobrego piwa wieczorem (241 kcal). Lubię pizzę (285 kcal na kawałek) i nie potrafię odmówić sobie czekolady (32 kcal na kostkę mlecznej). Na szczęście z ratunkiem przychodzą ćwiczenia.

Kiedy się odchudzasz, ćwiczenia są odwrotnością jedzenia. Ćwiczenia, szczególnie aerobowe, powodują, że ilość kalorii, którą możesz w danym dniu przyjąć, wciąż chudnąc, rośnie. Dobra wiadomość jest taka: żeby móc sobie na to pozwolić, nie trzeba biegać (rozwalone kolano), jeździć na rowerze (ukradli) ani pływać (niska samoocena). Wystarczy iść na spacer. Bonus? Im jesteś grubszy, tym więcej spalasz robiąc każdy krok. Minus? Im będziesz chudszy, tym mniej kalorii zyskasz z każdego ćwiczenia. Jednak istnieje szansa, że do tego czasu trochę się uspokoisz.

W moim przypadku godzinny spacer wciąż powoduje, że mogę wypić wieczorem drinka lub zjeść na obiad kawałek kurczaka z rożna zamiast czegoś mniej kalorycznego. I znajdzie się kilka kalorii na mały deser. Zwykle chodzę dłużej. W pół roku schudłem 20 kg. Mógłbym więcej, ale czasem, głównie w weekendy, przekraczam dzienny limit kalorii. Już teraz czuję się dużo, dużo lepiej. Nie mam zadyszki od chodzenia po schodach. Poprawiło mi się ciśnienie. Nie mam wrażenia, że jestem wielką spuchniętą kulką. Ale to nie wszystko. Zacząłem się zastanawiać nad swoimi wyborami. Myśleć o konsekwencjach. Uczyć się powściągliwości. Powoli, ale skutecznie, zmieniły się nie tylko mój wygląd i waga, ale także mój sposób myślenia.

Wiem, że to nie jest recepta dla każdego. Nie próbuję twierdzić, że każdy może robić to, co ja i osiągnąć podobne efekty. Ale bez wątpienia, jeśli nie macie skomplikowanych problemów zdrowotnych, warto spróbować. Liczenie kalorii jest proste i skuteczne. Szczególnie, kiedy maszyna może odwalić część roboty za ciebie.

Trzy powody, żeby nauczyć się gotować

Naprawdę lubię gotować. Oglądam programy telewizyjne o gotowaniu. Czytam blogi. Wreszcie – gotuję. Prawie codziennie, od wielu lat. Dziś to moje hobby, a zaczęło się od tego, że jako nastolatek musiałem ogarnąć o co chodzi z tą całą kuchnią, bo inaczej po prostu chodziłbym głodny. Rodzice dużo wtedy pracowali, a ile można jeść kanapek?

Kilkanaście lat temu nie sądziłem, że gotowanie może przynieść mi aż tyle pożytku. Teraz wiem, że nauka przygotowywania potraw była jedną z najlepszych inwestycji, jakich w życiu dokonałem. Przejdźmy jednak do konkretów.

1. Zaoszczędzisz hajs

Może to i prozaiczne, ale gotowanie, szczególnie dla kilku osób, jest po prostu tańsze niż jedzenie na mieście, zamawianie pizzy, a nawet od gotowego żarcia. Mrożonki i chińskie zupki nie należą do najdroższych rzeczy na świecie, ale racjonalne zrobienie zakupów z których zrobi się obiady na najbliższych kilka dni to po prostu najtańsza opcja.

Oczywiście, jeśli kupujesz lepsze produkty, wyjdzie więcej kasy, ale wtedy trudno to porównywać z najtańszą zupką czy pierogami z Biedry. Biorąc pod uwagę jakość, przygotowanie posiłku samemu zawsze wychodzi taniej.

W jaki sposób robić jak najlepsze zakupy? Po pierwsze – zrób listę. Zapisz na niej wszystko, co występuje w przepisach, które chcesz przygotować. Po drugie – jeśli masz czas, idź na rynek po warzywa, a po mięso – do mięsnego. Praktycznie zawsze wyjdziesz na tym lepiej, niż na wizycie w supermarkecie. Lepiej kupować świeże rzeczy często, niż robić rzadko duże zakupy. Po trzecie – kupuj z głową. Kupuj tyle, ile potrzebujesz, nie dawaj się naciągnąć promocjom na coś, co będzie potem tygodniami leżeć w lodówce niewykorzystane.

2. Będziesz jeść bardziej smacznie i zdrowo

Świeże jedzenie z dobrych składników jest dużo lepsze od gotowców. Jeśli nie masz budżetu pozwalającego Ci codziennie wydać w restauracji około stówy, to jest spora szansa, że potrawy, które będziesz robić w domu będą zdrowsze i w wielu wypadkach smaczniejsze od tego, co zwykle jesz na mieście. Przy okazji przygotowując jedzenie będziesz dowiadywać się o nim coraz więcej. To w efekcie spowoduje, że twoja dieta będzie coraz lepiej zbilansowana.

Bardzo ważne dla smaku potraw – i tę lekcję musisz odrobić jako pierwszą – są przyprawy. Zaopatrz się w różnego rodzaju zioła, nasiona, proszki, płyny i pasty. Unikaj mieszanek, a szczególnie takich, które składają się przede wszystkim z soli. Mając wiele przypraw do wyboru i próbując co z czym najlepiej smakuje, dojdziesz do wprawy bardzo szybko i osiągniesz lepsze efekty niż z pomocą nawet najwymyślniejszych gotowych produktów. I pamiętaj, że generalnie z przyprawami jest jak z innymi składnikami – świeże zwykle jest lepsze, choć są wyjątki, jak np. ocet balsamiczny, który prawdopodobnie wolisz mieć dość stary.

3. Ludzie będą cię uwielbiać

Słyszałeś kiedyś powiedzenie „przez żołądek do serca”? Jest prawdziwe. Gotowanie nie tylko sprawi, że zaimponujesz osobie, która wpadła ci w oko. To idealne „sto lat”, „przepraszam” i „gratuluję”. Zdolność zrobienia czegoś pysznego sprawi, że każda okazja będzie wydarzeniem, a każdy zwykły dzień będzie jak wyjątkowa okazja. Mało tego, zasada działa nie tylko z ukochanymi, ale też z każdym z twoich znajomych. Ludzie będą wspominać twoje imprezy jako najlepsze w swoim życiu. Mówię serio. Zdarzyło mi się po pół roku usłyszeć od kumpla, że kurczak, którego przygotowałem na ostatniego Sylwestra był niesamowity. Koleżanka z Torunia wspomina wegeburgery, które zrobiłem jej na kaca niemal przy każdym spotkaniu.

Pamiętaj tylko, że doskonałe potrawy są nie tylko pyszne, ale także świetnie wyglądają. Aspekt wizualny ma zasadnicze znaczenie dla jedzenia. Napędza apetyt i podbija smaki. Coś, co wizualnie ci się podoba zawsze będzie Ci lepiej smakować, niż brzydka breja.

I pamiętaj, czasami pewnie coś ci nie wyjdzie. To normalne. Dlatego mam dla ciebie ostatni protip: jeśli masz przed sobą ważną okazję, korzystaj tylko ze sprawdzonych przepisów. Ja nigdy nie zawiodłem się na blogu Kwestia Smaku. Za to rewelacyjny w pewnych kwestiach Kukbuk bywa na bakier z proporcjami i kolejnością wykonywanych czynności.

To jak, kiedy zaczynasz gotować?