Nigdy nie palimy przy matce

Nie do końca wiem na czym polega ten mechanizm, ale nigdy nie palimy przy matce. Obaj jesteśmy dorośli, a ja od lat nie mieszkam z nią. A jednak kilka najcenniejszych zdań od dawna zamieniliśmy z bratem wystając do połowy przez okno i paląc papierosy.

W samym środku nocy, w gościnnym pokoju wiejskiego domostwa, do którego zaprosił nas wuj. Mój brat jest smutny. Ja mam w życiu dobrą passę. On mdleje na rowerze i traci chłopięcy urok na rzecz facjaty godnej najmroczniejszego czarnego charakteru w filmach fantasy, a ja nawet przestałem dalej tyć. Jego rzuca dziewczyna, ja świętuję czwartą rocznicę. On szuka pracy, ja awansuję. Życie nie jest sprawiedliwe, ale fakt jest taki, że byłem w tym miejscu, w którym on znajduje się teraz, chociaż oczywiście trudno mu w to uwierzyć. Ale wcale nie rozmawialiśmy o tym.

Rozmawialiśmy o UFO.

– Czasami wydaje mi się, że jesteśmy tylko marionetkami w czyichś rękach. – Powiedział Kacper – że tylko, kiedy śpimy, żyjemy tak naprawdę i przestajemy być czyjąś perfidną rozrywką.

– Mam zupełnie inne odczucie, bracie. – powiedziałem wydmuchując dym papierosowy za okno. – Mam wrażenie, że jesteśmy tutaj zupełnie sami. Że oprócz nas nie ma zupełnie nikogo i mamy olbrzymie szczęście, że się urodziliśmy i możemy przeżyć swoje życia.

Alternatywny Mieczkowski

Zapytałem na Twitterze. Okazało się, że nie tylko ja od czasu do czasu myślę o tym, co by się stało z moim życiem, gdybym kiedyś, gdzieś postąpił inaczej. Niektórzy żałują swoich decyzji i oddaliby wszystko, żeby cofnąć czas, inni nie, ale prawie każdy się nad tym zastanawia.

To trochę jak z powieściami wykorzystującymi motyw historii alternatywnej – lubimy wierzyć, że jedno kluczowe wydarzenie zmieniłoby świat wokół nas. Gdybym skończył studia. Gdybym przyjął tamtą pracę. Gdybym walczył o tamtą dziewczynę. Chcemy widzieć swoje życia jako ciąg punktów zwrotnych, obracających nasze losy o 180 stopni. Jak w fantastyce, chociaż kaliber trochę inny. Gdyby Aleksander Macedoński nie umarł na malarię. Gdyby Napoleaon wygrał pod Waterloo. Gdyby II Rzeczpospolita podpisała pakt militarny z III Rzeszą.

la mnie także teoria wielkiej zmiany zapoczątkowanej małym wydarzeniem jest atrakcyjna. Dlatego postanowiłem wykorzystać swoje nadprzyrodzone zdolności* i sprawdzić jak mi poszło w alternatywnych wszechświatach, w których kiedyś podjąłem inną decyzję (lub świat zrobił to za mnie) i moje życie potoczyło się innymi torami.

* – wyobraźnię

Proste życie

Po rzuceniu studiów przeprowadzam się z powrotem do Kołobrzegu. Na początku mieszkam trochę z rodzicami, którzy nawet nie mają do mnie większych pretensji, a kiedy dostaję pracę na stacji benzynowej, wyprowadzam się, żeby wynająć z kumplem mieszkanie. Pracuję zmianowo, za niewielką kasę, ale na warunki mojego rodzinnego miasta nie jest źle. Po pracy gram ze współlokatorem w gry online i palę trawkę. Od czasu do czasu wyjeżdżamy za miasto w poszukiwaniu opuszczonych budynków i robimy im zdjęcia, które robią małą furorę w internecie. Lubię spacery nad morzem i mam niezły kontakt z młodszym bratem.

Kilkakrotnie zmieniam pracę – pracuję na zmywaku w hotelowej restauracji, jestem magazynierem w sklepie ogrodniczym i w końcu zostaję kasjerem w Żabce. Wszystko zmienia się momentalnie w ciągu gorącego nadmorskiego lata. W całym mieście słychać dudniący bas. Kierowca białego BMW ucieka przed policją. W bagażniku ma 11 kilogramów amfetaminy, którą przywiózł na Sunrise Festival. W dniu, kiedy dostaję wymarzony i zasłużony awans na kierownika sklepu – diler przejeżdża mnie na pasach. Niestety, w tym alternatywnym świecie Oskar Mieczkowski już nie żyje, chociaż miał całkiem dobre życie.

Szef kuchni poleca

Zaraz po skończeniu liceum postanawiłem iść do pracy na wakacje, żeby trochę sobie dorobić. Los chce, że załapałem się do restauracji w jednym z kołobrzeskich hoteli. No dobra, los ma z tym niewiele wspólnego, po prostu moja mama zna dyrektora tego hotelu. Przez całe wakacje pracowałem jako pomoc kuchenna, ucząc się jak powinno się kroić cebulę oraz ile minut gotuje się jajko. Ku swojemu zdziwieniu odkrywam, że uwielbiam gotować, a cieżka praca w kuchni jest niesamowicie satysfakcjonująca.

Po wakacjach wyjeżdżam na studia, ale zarobiona kasa szybko się kończy, stosunki międzynarodowe w ogóle mnie nie interesują, a każdą wolną chwilę spędzam na wymyślaniu własnych przepisów. Sesję zdaję ledwo co. Chcę rzucić studia, ale za namową rodziców tylko przepisuję się na zaoczne. Dostaję pracę w restauracji. Po licencjacie nie kontynuuję nauki – nie mam już na to czasu. W kuchni idzie mi świetnie. Zaczynam prowadzić bloga kulinarnego, który szybko staje się stosunkowo znany. Szczególną popularnością cieszą się moje polskie wersje znanych międzynarodowych dań: sushi z polską kiełbasą, spaghetti polonaise i buraczane burrito. Rozszerzam swoją działalność na YouTube, gdzie jestem znany jako Kuchenny Karateka. Domyślacie się jaka jest formuła programu?

Kiedy kariera szefa kuchni staje przede mną otworem dzięki propozycji z jednej z największych i najlepszych restauracji w Polsce przeżywam pierwszy zawał. Robiąc tyle dobrego jedzenia nie byłem w stanie powstrzymać się przed jedzeniem go w niezbyt zdrowych ilościach. Niestety, w tym alternatywnym świecie Oskar Mieczkowski także jest już trupem, bo chociaż niczego nie żałował, to 180 kg, cholesterol i trzeci zawał zrobiły swoje.

Tłum szaleje

Po nagraniu pierwszego dema w 2010 roku moja kapela, Dead Gentlemen przechodzi chwilowy kryzys. Jeden z naszych kompozytorów, nasz basista Tomek, odchodzi z kapeli, ale kiedy wreszcie udaje nam się znaleźć jego zastępstwo, okazuje się, że dzięki tej zmianie eksploduje talent kompozytorski naszego gitarzysty, Arka. Zasypuje nas pomysłami na kawałki, które są bez porównania lepsze, niż cokolwiek, co do tej pory zrobiliśmy. W kilka miesięcy całkowicie zmieniamy nasz koncertowy set i pewni swego ruszamy w wakacje w pierwszą trasę koncertową.

Jeździmy po Polsce w wynajętym, rozklekotanym busie, grając za piwo i zwrot kosztów podróży. Kilka dużych miast, trochę zupełnych dziur, ale wszędzie odbiór naszej muzy jest niesamowicie pozytywny, nawet tam, gdzie na koncercie zjawia się 10 osób łącznie z obsługą. Po koncertach ludzie podchodzą do nas i traktują jak prawdziwe gwiazdy rocka. Pytają o płyty, wlepki, koszulki. W połowie trasy przyjeżdża do nas kurier z zamówionym przez internet merchem, dzięki czemu przestajemy dokładać z własnej kieszeni do koncertowania. Impreza trwa w najlepsze, 2 miesiące praktycznie nie trzeźwiejemy, ale po powrocie do Torunia nie możemy na siebie patrzeć. Dopiero kiedy ni stąd, ni zowąd dostajemy propozycję zagrania kilku koncertów w Niemczech, wracamy do sali prób. Okazuje się, że na jednym z naszych letnich koncertów zupełnie przypadkowo zjawił się promotor chcący wziąć nas pod swoje skrzydła. Znów zawieszamy topór wojenny, by poświęcić się graniu.

Tydzień koncertów w Niemczech to totalny szał, który kończy się złamaniem przeze mnie ręki, przypadkowym podpaleniem sceny klubu w Hamburgu i totalnym rozkraczeniem się busika. Do Polski wracamy pociągiem, zmęczeni i zadowoleni jak nigdy. Po miesiącu ciszy podpisujemy kontrakt z Nuclear Blast i w ciągu pół roku wydajemy pierwszą płytę. Szczęście nas nie opuszcza. Kolejne lata to ciągłe koncerty i wizyty w studio. Ani na moment się nie zatrzymujemy. Niestety, Oskar Mieczkowski dołącza do „Klubu 27”, ginąc w bójce pod knajpą, w której miał zagrać koncert. Podobno w zdarzeniu brali udział także inni członkowie zespołu, ale nikt tego nigdy nie udowodnił. Fani nie ustają jednak w mnożeniu teorii spiskowych nt. prawdziwej przyczyny śmierci Mieczkowskiego.

Zwierzęcy magnetyzm

Kiedy jako dziecko dostaję pierwszego pieska (jamnika ze schroniska), okazuje się on być wspaniałym zwierzęciem, które nie gryzie mnie w twarz, zostawiając na zawsze bliznę pod okiem. Zamiast tego jest spokojny i kochany, co pomaga mi wcześnie odkryć moją miłość do wszelkich żywych stworzeń. Rodzice nie boją się przyjmować do siebie i adoptować kolejnych zwierząt mających w życiu pecha, a ja zajmuję się nimi wszystkimi. Po kilku latach mamy w domu prawdziwe małe zoo. Idąc do liceum wybieram klasę biol-chem, ponieważ wiem, że chcę zostać weterynarzem, jak mój dziadek, któremu pomagam w praktyce od lat.

Na studiach jestem wolontariuszem w schronisku dla zwierząt. Strasznie im wszystkim współczuję, ale jednocześnie cieszę się, że mogę się nimi opiekować. Dziadek chce, żebym po studiach wrócił do Kołobrzegu i przejął po nim praktykę, ale ja mam inne marzenie. Zostaję w Poznaniu i zatrudniam się w Ogrodzie Zoologicznym. W życiu prywatnym także otaczam się zwierzętami. Mam 2 psy, kota, papużki nierozłączki, 3 żółwie błotne, chomika i węża boa. Jednak los chce, żeby Oskar Mieczkowski zginął w młodym wieku na służbie, przygnieciony przez hipopotama. Dziadek w każdą rocznicę mojej śmierci powtarza, że miał rację, kiedy proponował mi powrót do Kołobrzegu i powinienem był go posłuchać.