Czy bekon jest rakotwórczy?

Tydzień temu świat obiegła zatrważająca wiadomość: przetworzone i czerwone mięsa są rakotwórcze! Mało tego, Światowa Organizacja Zdrowia zakwalifikowała je do tej samej kategorii rakotwórczości, co papierosy. Rozpętała się medialna panika. Panie sprzedawczynie ze stoisk mięsnych w supermarketach ponadwyrężały sobie mięśnie od wzruszania ramionami w geście bezradności, bo co drugi klient wypytuje je o tego raka. Weganie otworzyli swoje chowane na taką okazję 300-letnie szampany. Ale o co właściwie chodzi z tą rakotwórczością? Czy jeśli dbam o zdrowie, to powinienem zrezygnować z bekonu na zawsze?

Prawdą jest, że WHO zakwalifikowało przetworzone mięso do grupy 1 rakotwórczości. Tymczasem czerwone mięso zostało zakwalifikowane do grupy 2A. Szybki rzut oka pozwala stwierdzić, że papierosy w istocie są w tej samej grupie, co przetworzone mięso. Pewnie dlatego, że to bardzo szeroka grupa – jest w niej po prostu wszystko, co naukowcy z WHO uznali za rakotwórcze. Tak, grupa 1 to po prostu „rzeczy, o których wiemy, że są rakotwórcze”. Znajdują się w niej m.in. zanieczyszczone powietrze, światło słoneczne, papierosy, alkohol, azbest, praca przy produkcji aluminium lub wyrobów ze skóry i jedzenie przetworzonego mięsa. Jak się pewnie domyślacie, w tak szerokiej grupie rakotwórczość rakotwórczości nierówna. Grupa 2A zawiera czynniki „prawdopodobnie rakotwórcze”. Całą klasyfikację znajdziecie tutaj.

Żeby dobrze zrozumieć, o co w tym całym zamieszaniu chodzi, potrzebujemy konkretnych danych zawartych w raporcie WHO. Można w nim przeczytać, że jedzenie 50 gramów przetworzonego mięsa dziennie powoduje wzrost ryzyka zachorowanie na raka jelita grubego o 18%. Nie znaczy to, że ryzyko wzrasta o 18 punktów procentowych (np. z 10% do 28%), a że najpierw musimy policzyć, jakie w ogóle mamy szanse na dostanie tego rodzaju raka. Wpływ na to mają najróżniejsze substancje i aktywności (także część wymienionych powyżej). Żeby łatwiej nam się liczyło, założymy, że już mamy 10% szans na zachorowanie. 18% z 10% to 1,8%. Czyli codzienne jedzenie na śniadanie np. smażonej kiełbaski i jajka na boczku powoduje, że nasze ryzyko zachorowania wzrasta z 10% nie do 28%, ale do 11,8%.

Aby było nam łatwiej zrozumieć, jak bardzo przetworzone mięso jest rakotwórcze, porównamy je sobie z czymś, co wiemy, że ma spory wpływ na zdrowie człowieka i dość mocno wpływa na szanse dostania raka – czyli z papierosami. Palenie powoduje 25-krotny wzrost ryzyka zachorowania na raka płuc. Innymi słowy ryzyko zachorowania palacza wzrasta o 2500%. Porównując to z 18% przetworzonego mięsa – ta druga liczba wygląda dość marnie.

Co z tego wszystkiego wynika? Bekon jest rakotwórczy. Ale nie aż tak. Jeśli nie jesz go dużo, nie powinno to mieć dużego wpływu na twoje życie. Są ważniejsze dla twojego zdrowia sprawy. Regularny ruch. Dostarczanie sobie wszystkich niezbędnych składników odżywczych (odpowiedniej ilości białek, węglowodanów i tłuszczów). Z drugiej strony może to jednak dobra okazja, by zastanowić się nad tym co jesz.

Jeśli czujesz, że przesadzasz z mięsem, to dobry moment żeby pomyśleć o alternatywach – owsianka, owoce, placki ziemniaczane, naleśniki i racuchy to całkiem niezłe śniadania. Na obiad także można zjeść dyniowo-czosnkowe risotto lub pieczoną pod pierzynką rybę zamiast steka. Najważniejsze, że nie ma co panikować – wszystko jest pod kontrolą, póki nie przesadzasz z ilością. Jak ze wszystkim w życiu.

Co znaczą sny?

Śniło mi się dzisiaj, że biegnę w błocie wzdłuż płotu. Gdy zauważam w nim wyłom, przechodzę przez niego i przewracam się. Nie potrafię wstać. Czołgam się w stronę placu zabaw. Widzę tam ubranych na czarno ludzi – matki i małe dzieci. Próbuję do nich krzyczeć, ale z moich ust wydobywa się tylko bełkot. Sam nie wiem, czemu krzyczałem. Czy chciałem zawołać o pomoc? A może ich przed czymś ostrzec? I co to właściwie znaczy?

Ludzie próbowali zrozumieć sny prawdopodobnie od zawsze. Oczywiście, że próbowali. W końcu to coś, co zdarza się każdemu i jest, jakby nie patrzeć dość dziwne. Serie obrazów, dźwięków, bardziej lub mniej powiązanych ze sobą wydarzeń – to przecież musi coś znaczyć, być po coś, prawda?

Najstarsze próby wyjaśnienia o co chodzi ze snami jakie znamy pochodzą z Mezopotamii. Podczas snu dusza opuszcza ciało i odwiedza miejsca oraz osoby, które widzi śniący. Trochę się to nie trzyma kupy, chyba, że taka dusza podróżuje nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie. Jak bowiem inaczej wyjaśnić, kiedy widzisz w śnie swojego śpiącego obok partnera, ale na łódce w Wenecji (i w dzień?). Może jednak więcej racji mieli Egipcjanie – którzy twierdzili, że sny zsyłane są przez bogów i traktowali je jako proroctwa i wyrocznie.

Zresztą nie tylko oni myśleli w ten sposób. Sen pochodzący z zewnątrz to motyw pojawiający się wielokrotnie w różnych kulturach. Zsyłany jest przez różne, złe i dobre istoty i zwykle służy jako coś w rodzaju proroctwa, które jeśli tylko uda się nam rozszyfrować, poznamy przyszłość, a może nawet nad nią zapanujemy (czy będziemy w stanie ją zmienić?). Ten sam rodzaj myślenia występuje do dzisiaj w użytkownikach senników. Nie jestem pewien, czy wierzą oni otwarcie, że sen jest im zsyłany, ale tak sugerowałoby interpretowanie snów jako symboli mających przepowiadać przyszłość. Bo chyba sami z siebie nie znamy i nie skrywamy przed sobą przyszłości, prawda?

To połączenie snów z religią i duchowością to chyba sprawa uniwersalna. Sen, jako niezrozumiały, dziwny i nie do końca poznany mógł być sposobem na komunikację z bóstwem, lub zajrzeniem do jego domeny. W snach objawił się Jakubowi Bóg na drabinie. W snach niektóre plemiona rdzennych Amerykanów były odwiedzane przez swoich przodków. Marcin Luter z kolei uznał sny za sprawkę Szatana. Pewnie śniły mu się gołe baby, a przecież to musiała być sprawka diabła, skoro on o tych gołych babach śnić nie chciał. Ot, kolejny sposób złego na kuszenie i sprowadzanie na złą drogę!

Ten trop jednak mnie nie przekonuje – idea zsyłania czegoś prosto w moją głowę przez (jakiekolwiek) siły nadprzyrodzone to za dużo na mój racjonalny umysł. Zbyt dużo niewiadomych – począwszy od tego kim lub miałyby być te siły, których istnienia przecież nijak nie da się udowodnić, skończywszy na tym, że dlaczego niby jestem dla nich na tyle interesujący, by wkładały obrazki i dźwięki do mojej głowy. Ale czy na pewno mogę ufać swojemu umysłowi? Czy moje zmysły przypadkiem nie wprowadzają mnie w błąd i moja ocena sytuacji nie jest wypaczona?

Zwykle, gdy człowiek śpi, nie jest tego świadomy. Może więc śpię właśnie teraz i moje logiczne wywody i racjonalne przesłanki są prawdziwe tylko w obrębie mojego śnienia? Zhuangzi twierdził, że tylko głupiec może twierdzić z całą pewnością, że jest przebudzony, podczas gdy cały świat tkwi w wielkim śnie, z którego być może niegdyś zdoła się obudzić. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że kiedy w snach zaczynam rozmyślać o tym, czy śnię, zwykle zdaję sobie sprawę, że tak – i rozpoczynam świadome śnienie. Pozostanę więc przy swoim sceptycyzmie co do obcego pochodzenia snów.

Bliżej mi do Freuda, który twierdził, ze sny są swego rodzaju odbiciem nieuświadomionych pragnień i spełnianiem ich w pewien sposób. Że sny pochodzą z wewnątrz – z umysłu śniącego. Jung uważał, że sny są rodzajem zaszyfrowanych wiadomości wysyłanych do siebie. Perls z kolei twierdził, że sny reprezentują te części osobowości, które odrzucamy lub tłumimy.

No dobra, ale co na to nauka? Co wiemy na pewno? Wiemy, że śnimy w fazie REM, czyli kiedy nasze gałki oczne szybko się ruszają. Że faza REM pojawia się kilkukrotnie podczas snu. Że kolejne sny danej nocy są coraz dłuższe. Że im bliżej fazy REM się obudzimy, tym lepszą mamy szansę na zapamiętanie snu. I że zwierzęta też śnią. Czy to możliwe, że zwierzęta też tłumią w sobie jakieś zachowania, albo mają nieuświadomione pragnienia? A jeśli nie, to czy śnią inaczej niż my?

Z ewolucyjnego punktu widzenia sny, żeby zaistnieć i zostać, musiały albo dawać jakąś korzyść gatunkom, które je mają, albo przynajmniej nie przeszkadzać. W 2000 roku Antti Revonsuo zaproponował, że sny pozwalały przygotować się na potencjalne zagrożenia, symulując je. Neurologicznych teorii jest co najmniej kilka. Być może mamy do czynienia z próbą interpretacji otoczenia na podstawie niepełnych danych przez mózg. Być może jest to sposób mózgu na segregowanie i zapamiętywanie tylko części informacji. Niczego jednak nie wiemy na pewno. Śnienie może mieć przecież wiele różnych funkcji.

Co więc znaczył mój sen? Ten z błotem, płotem i placem zabaw? Wszystko wskazuje na to, że póki co zależy to ode mnie i od tego, w co jestem gotów uwierzyć. To, moim zdaniem, bardzo pozytywna perspektywa.

Pięć organizacji, które potajemnie rządzą światem

Tajne i półjawne organizacje istnieją. Ludzie (no dobra, głównie bogaci biali kolesie) zrzeszają się w nich od bardzo, bardzo dawna. Niektóre z nich są bardziej, inne mniej tajemnicze, ale wszystkie bez wyjątku oskarża się o chęć zawładnięcia (lub wręcz władanie) światem. Paranoicy wszystkich krajów wierzą (a właściwie wiedzą), jaka jest prawda – nawet, jeśli często jest sprzeczna sama ze sobą. Wejdźmy więc do świata, w którym nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

1. Masoneria

Inaczej wolnomularstwo. Masoneria zorganizowana jest w Loże. Pierwsze z nich powstały pod koniec XVI wieku w Anglii i Szkocji. Napędzani przez ideały oświecenia, masoni od zawsze deklarowali się jako zwolennicy tolerancji, wolności i samodoskonalenia jednostek. Za symbol przyjęli sobie cyrkiel i węgielnicę – bo tak jak murarze budują wielkie katedry, tak wolnomularze mieli zbudować lepszą przyszłość. Jedną z ich idei była równość religijna – co podobno pozwoliło dostać się w ich szeregi także Żydom.

Masonerię oskarża się m.in o wspieranie rozwoju oświaty, republikanizm i antyklerykalizm. Wynika z tego, że gdyby masoni naprawdę rządzili światem, to żylibyśmy w dużo bardziej laickim i demokratycznym świecie niż ten nasz. Bez wątpienia jakiś wpływ na świat całe to wolnomularstwo miało – do masonerii należeli i należą w końcu głównie bogaci i uprzywilejowani, w tym naukowcy i politycy.

Tak czy siak jeśli to masoni rządzą światem muszą być strasznie leniwi, skoro od 300 lat nie udało im się wprowadzić w życie swoich postulatów.

2. Opus Dei

Znana wszystkim przede wszystkim dzięki popularnej powieści Dana Browna, prałatura Kościoła Katolickiego oskarżana jest o niejawność, agresywny werbunek, praktyki sekciarskie, nieujawnianie politycznych celów i zmuszanie członków do pełnego posłuszeństwa. Strategią Opus Dei na zdobycie władzy miałoby być obsadzanie na ważnych stanowiskach w partiach politycznych (i nie tylko) swoich zaufanych ludzi.

Problem polega na tym, że jeśli ktoś jest członkiem Opus Dei, zwykle nie robi z tego żadnych tajemnic. Jeśli więc jakaś partia polityczna wystawia sobie takiego kandydata, można założyć, że po prostu zgadza się z postulatami Opus Dei. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, szczególnie biorąc po uwagę, że jeśli coś takiego się zdarza, dotyczy zwykle polityków prawicowych, którzy i tak bardzo często są osobami religijnymi. Najśmieszniejsze w Opus Dei jest generalnie to, że to organizacja wewnątrz Kościoła Katolickiego, głosząca dokładnie to samo nauczanie, ale z jakiegoś powodu potępiana dużo bardziej niż macierzysta organizacja.

Pewnie dlatego, że, jak twierdzą znawcy tematu, Opus Dei to inwigilująca Kościół organizacja kryptożydowska. Skąd to wiadomo? Grupa członków Opus Dei założyła Towarzystwo Współpracy Intelektualnej o nazwie Socoin, którego nazwa miałaby znaczyć „sekta morderców”, od hebrajskiego słowa socoim. Dzięki temu wiemy, że Opus Dei to tak naprawdę żydowska sekta masońska. A może jednak asasyni?

3. Różokrzyżowcy

Założeni w Średniowieczu przez Christiana Rosenkreuza byli ezoterycznym ruchem gnostyckim. Wierzyli w boskie pochodzenie człowieka i możliwość obudzenia w sobie owej boskiej cząstki. Jak przystało na prawdziwe tajne stowarzyszenie, mieli wiele stopni wtajemniczeń i niezmierzone bogactwa (stworzyli m.in kamień filozoficzny). Na każdym kolejnym członkowie sekty uczyli się nowych prawd – o symbolice piramidy Cheopsa, o uprawianiu jogi, a nawet jak podróżować astralnie i rozmawiać z aniołami.

Do największych osiągnięć Różokrzyżowców należy prawdopodobnie… chrześcijańska reformacja! Tak, znany Żyd i mason Marcin Luter miał być również Różokrzyżowcem (czego dowodzi m.in. jego nienawiść do katolickiej mszy świętej).

Dzisiaj co prawda grupy odwołujące się do tradycji różokrzyżowych są małe i nieliczne, a ich członkowie zajmują się przede wszystkim uzdrawianiem poprzez nakładanie dłoni, ale co jeśli z ukrycia wciąż sterują kościołami protestanckimi, stworzonymi kiedyś na ich polecenie?

4. Grupa Bilderberg

Grupa Bilderberg to nieformalne, międzynarodowe zgromadzenie wpływowych osób, które corocznie spotykają się, by porozmawiać o sytuacji ekonomicznej i politycznej świata. Nazwa bierze się od hotelu de Bilderberg, w którym odbyło się pierwsze spotkanie owej grupy. Co roku w spotkaniach tych bierze udział ponad sto osób, w tym bankierzy (głównie żydowscy), szefowie korporacji, politycy i dziennikarze. Podobno nieformalny charakter spotkań pozwala na wymianę poglądów bez względu na aktualną politykę.

Jest oczywistym, że ważne osoby mają o czym ze sobą rozmawiać. Jest możliwe, że czasami dochodzi wśród ważnych osób do zawierania znajomości, a nawet umów. Dla niektórych pewne jest także, że grupa spotyka się co roku, by ustalić, jak w przyszłym roku będą wspólnie rządzić światem i wprowadzać Nowy Światowy Ład. Znaczy to, że planują, jak utworzyć jedną (zależną od nich) religię światową, rozwijać techniki prania mózgu, wszczepić innym ludziom chipy pod skórę, propagować transhumanizm, uwięzić ludzi w ogromnych miastach-molochach, a także jak poszerzać powszechną inwigilację z pomocą monitoringu i projektu Echelon.

O czymże innym mogłaby rozmawiać grupa wywodząca się bezpośrednio ze średniowiecznego związku Czarnych Gwelfów i Zakonu Iluminatów?

5. Judeosataniści

Gdybyście mieli wątpliwości, autorom tej dziwnej zbitki chodzi po prostu o Żydów. Jak się okazuje, antysemityzm jest mocno powiązany ze wszystkimi ruchami spiskowymi, ale nie ma dziś szerokiego przyzwolenia społecznego. Nie ma więc nic dziwnego, że zwolennicy wszelkich dziwnych teorii próbują ukryć go pod coraz to nowymi nazwami. Judeosatanizm to chyba najciekawsza z nich.

Jak wiadomo, Żydzi rządzą światem na 100%. Do judeosatanistycznego spisku należał m.in. Hitler, cały Związek Radziecki, rodzina Bushów, a ostatnio Angela Merkel. A właściwie Klara Mengele, córka Hitlera, urodzona w wyniku sztucznego zapłodnienia w sowieckim laboratorium rodzonej siostry Ewy Braun. Było to możliwe oczywiście dzięki przechowaniu przez współpracowników dra Josefa Mengele zamrożonej spermy nazistowskiego dyktatora i przekazanie jej ich radzieckim wspólnikom.

Po co to wszystko? – spytacie. A no po to, żeby dorosła i trzymająca w żelaznym uścisku Unię Europejską Angela Merkel przyjęła do Europy arabskich imigrantów uciekających z terenów, na których po wyludnieniu powstanie Nowy Wielki Izrael. Skoro to wszystko takie oczywiste, to czemu więcej ludzi o tym nie wie? No cóż, tylko dla niektórych brak dowodów na cokolwiek co przeczytaliście w poprzednim akapicie jest dowodem na wszechmoc ludu Izraela.

Na zakończenie

Co ciekawe, kiedy zaczynałem pisać ten tekst, ani przez myśl mi nie przeszło, że będzie o antysemityzmie. Chciałem napisać o kilku interesujących grupach, które posądzane są o niecne postępki i machinacje. Potem zacząłem zagłębiać się w materiały źródłowe – czyli głównie bardzo słabe i staroświeckie strony internetowe upstrzone różnokolorowym tekstem, zdjęciami w okropnej jakości i ruchomymi gifami. Dopiero lektura tych stron uświadomiła mi, że zwolennicy teorii spiskowych to najzwyczajniejsi antysemici. Racjonalizujący sobie niechęć do Żydów poprzez przypisywanie im uczestnictwa w mrocznych spiskach przeciwko ludzkości. Tropiciele konspiracji okazują się być typami bardziej oślizgłymi nawet od Reptilian.

Jak zmienić pracę?

1 września byłem pierwszy dzień w nowej pracy. Na szczęście byłem w bardzo komfortowej sytuacji. Nie straciłem poprzedniego zajęcia, nie stało się też nic dramatycznego, co skłoniłoby mnie do natychmiastowego odejścia. To ja postanowiłem, że czas na zmianę, zrezygnowałem z poprzedniego pracodawcy i znalazłem sobie zajęcie, które bardziej odpowiada moim zainteresowaniom i zdolnościom. Mimo to przeżyłem swoją dawkę stresu. Bo zmiany są trudne, bez względu na to, jakie mamy perspektywy.

Po prostu – ludzie tacy są. Wszyscy boimy się zmian. Warto to sobie uzmysłowić i uzbroić się odpowiednio na ich nadejście. Bo wbrew pozorom zatrzymanie się w bezpiecznej teraźniejszości też może być niebezpieczne (w dłuższej perspektywie). Nie próbuję oczywiście przekonywać was, że powinniście wszyscy rzucać swoje zajęcia i rozglądać się za innymi, które będą wam bardziej pasować. Ale jeśli już zastanawiacie się nad zmianą, to prawdopodobnie prędzej czy później ta myśl w was dojrzeje i do tej zmiany dojdzie. Dobrze być na nią przygotowanym. Zacznijmy jednak od początku.

Dobry powód

Co jest dobrym powodem, żeby zmienić pracę? Skoro spędzamy w niej 1/3 każdego dnia i ustawiamy sobie wokół niej swoje życia to chyba lepiej, żeby to było coś ważnego? Moim zdaniem kryterium jest jedno. Po prostu musisz zmienić pracę, jeśli nie jesteś w niej szczęśliwy i nie masz perspektyw, by się to zmieniło. Co to oznacza? Może, że zarabiasz za mało i nie masz szansy na podwyżkę. Może że twój szef to palant i nie masz szans, żeby przenieśli cię do innego działu. A może że nie dali ci awansu, na który pracowałeś od roku i czujesz się niedoceniana. Innymi słowy – warto poszukać innych rozwiązań, ale jeśli ich nie ma, to masz dobry powód. Nie jesteś szczęśliwy. Co najciekawsze, to wcale nie musi oznaczać, że jesteś nieszczęśliwy. Być może jesteś w stanie to wytrzymać, ciągnąć dalej, zacisnąć zęby. Ale czy warto? Pewnie w niektórych przypadkach tak. Sama wiesz lepiej.

Odpowiednia kolejność

Być może zabrzmi to jak oczywistość, ale i tak to napiszę. Obojętnie ile zarabiasz, ile masz odłożonych pieniędzy, albo, z drugiej strony, jak okropnie jest w robocie, którą aktualnie masz – najpierw znajdź nową pracę, a dopiero później zrezygnuj ze starej. Jeśli tylko jesteś w stanie wytrzymać, oczywiście. Sam też kiedyś znalazłem się w sytuacji, w której zrezygnowałem z pracy z dnia na dzień. Była to jednak (mam nadzieję) wyjątkowa sytuacja – byłem ofiarą mobbingu i zdecydowałem, że lepiej poradzę sobie ze stresem pośpiesznego szukania pracy niż z kolejnym dniem w pracy. Miałem rację – kolejną pracę udało mi się znaleźć stosunkowo szybko i już nigdy nie bałem się iść do pracy.

Róbmy więc rzeczy w odpowiedniej kolejności. Najpierw rozglądamy się za nową pracą. Chodzimy na rozmowy kwalifikacyjne i nie paplamy o tym kolegom i koleżankom z biura. Kiedy już mamy satysfakcjonującą nas ofertę, upewniamy się, że jest pewna. Dopiero kiedy jesteśmy pewni, że dostaliśmy nową pracę – idziemy do swojego przełożonego i mówimy mu, że chcemy zrezygnować. To dość ważne, by pierwszą osobą, która się o tym dowie był właśnie przełożony. Byłoby głupio, gdyby dowiedział się o tym na korytarzu od kogoś z innego działu. Mógłby żywić do ciebie urazę, a nie wiesz przecież, gdzie i kiedy spotkasz go następnym razem. Potem negocjujemy z nim, lub z odpowiedzialną za to osobą warunki odejścia.

Podsumujmy – nie chwalisz się, że szukasz innej pracy, bo kiedy twój szef się o tym dowie, mogą spotkać cię nieprzyjemności (albo i nie, ale po co kusić los?). Kiedy masz już nową, dobrą ofertę pracy, to po upewnieniu się, że zdobyłeś tę pracę idziesz pogadać z szefem. Bądź szczery, ale uprzejmy. Pamiętaj, że możecie się jeszcze spotkać i nie pal mostów. Ustalcie, czy będziesz pracować do ostatniego dnia i dostaniesz ekwiwalent pieniężny za niewykorzystany urlop, czy bierzesz wolne ostatnie kilka dni lub tygodni (szef zgodnie z prawem może kazać ci wziąć ten urlop). Pamiętaj, że jako okres wypowiedzenia liczą się pełne miesiące. Nie ma znaczenia, czy wypowiesz umowę 1 czy 30 września, wypowiedzenie będzie się liczyć od przyszłego miesiąca.

 

Szukanie pracy

Po pierwsze i najważniejsze – jeśli tylko możesz, nie odchodź z pracy, zanim znajdziesz sobie nową. Wiem, że zdarzają się sytuacje, że to niemożliwe, ale zastanów się nad tym dobrze. Nie możesz liczyć na to, że znajdziesz inna pracę od razu, a tym bardziej nie chcesz stawiać się w sytuacji, kiedy będziesz musieć przyjąć każdą pracę, byle tylko coś zarobić. Obojętnie jak dobry jest rynek pracy w Twoim mieście, zwykle nie opłaca się podejmować tego ryzyka.

Jeżeli ciągle pracujesz, to masz mniej czasu na szukanie innej pracy. Zmęczenie i stres nie pomagają w podejmowaniu dodatkowych aktywności. Dlatego podstawową zasadą powinna być cykliczność wysiłków w szukaniu pracy. Możesz sobie ustalić, że np. co drugi dzień wyślesz chociaż jedno CV. A może codziennie spędzisz przynajmniej 20 minut przeglądając oferty pracy? Cokolwiek działa na ciebie najlepiej, po prostu ułatw sobie sprawę ustanawiając sobie prosty w realizacji cel i trzymaj się go. To pomaga.

Pamiętaj, że wszystko, co wysyłasz do pracodawcy, jest Twoją wizytówką i musi przedstawiać Cię w jak najlepszym świetle, a także wyróżnić z tłumu. Dotyczy to listu motywacyjnego, CV, portfolio. Zadbaj, by dokumenty te były estetyczne i w miarę możliwości nieszablonowe. Pamiętaj, żeby uwzględnić wszystkie informacje o zdolnościach, doświadczeniu i wiedzy, które mogą Ci się przydać na stanowisku, na które aplikujesz. Jednocześnie spokojnie możesz pominąć rzeczy nie mające z nim związku. Nie pisz o swoich słabościach, tym bardziej, że prawdopodobnie je hiperbolizujesz. Pamiętaj, że pisząc w liście motywacyjnym „Nie mam żadnego doświadczenia” po prostu zniechęcasz pracodawcę powtarzając niekorzystną dla siebie informację, którą i tam da się wyczytać z twojego CV. Jeśli chcesz coś podkreślać i powtarzać, to swoje atuty.

Rozmowa kwalifikacyjna

Kiedy ktoś zaproponuje Ci rozmowę kwalifikacyjną, to pamiętaj, żeby nie chwalić się tym w pracy. To jeszcze nie czas. Postaraj się umówić tak, żeby nie kolidowało to z Twoimi obowiązkami, a jeśli to nie możliwe, weź dzień urlopu i nie tłumacz się nikomu, dlaczego jest Ci potrzebny. Idealnie, jeśli przed rozmową będziesz mieć trochę czasu na przygotowanie, więc wstań odpowiednio wcześnie. Przygotuj się do rozmowy, czytając o swoim potencjalnym pracodawcy i zastanawiając się nad tym, jak odpowiesz na standardowe pytania w stylu:

  • Dlaczego chcesz pracować właśnie tu?
  • Dlaczego powinniśmy zatrudnić własnie Ciebie?

Zastanów się ile chcesz zarabiać, a potem dodaj 20% – większość ludzi zaniża wartość swojej własnej pracy. Najlepiej ustal widełki – pomyśl o 3 kwotach. Jaka jest najniższa, na jaką możesz się zgodzić? To kwota poniżej której po prostu nie podejmiesz pracy. Ile chcesz zarabiać w idealnym świecie? To kwota, jaka spełni wszystkie Twoje oczekiwania finansowe. Ile pieniędzy sprawiłoby, że będziesz pracować z przyjemnością? To prawdopodobnie kwota gdzieś pomiędzy dwoma pierwszymi. Na rozmowie powiedz o dwóch ostatnich kwotach, które właśnie ustaliliśmy. Pamiętaj, że w razie czego Twój potencjalny pracodawca będzie zawsze negocjował w dół, nigdy w górę.

A co do samej rozmowy – pamiętaj, żeby ubrać się ładnie i dużo się uśmiechać – pierwsze wrażenie jest super ważne! Bądź uprzejmy, sympatyczny i pamiętaj, że to nic dziwnego, jeśli się denerwujesz. Jeśli stres jest duży – poproś o szklankę wody i powiedz o tym, że to dla ciebie stresująca sytuacja. Rekruter na pewno Cię zrozumie, a Tobie powinno trochę ulżyć.

Odchodzenie z pracy

Wbrew pozorom, wraz ze zdobyciem nowej pracy stres wcale się nie kończy. Bo odejść też trzeba umieć. Przede wszystkim – liczy się kolejność. Pierwszą osobą, która powinna dowiedzieć się o Twoim odejściu, jest przełożony. Jeśli dowie się od kogoś innego niż Ty postawi Cię to w złym świetle i bardzo niekomfortowej sytuacji. Pamiętaj, żeby mieć gotowe wypowiedzenie. Jeśli masz umowę o pracę, okres wypowiedzenia zależny jest od stażu pracy w firmie.

Kiedy o Twoim odejściu wie przełożony i pracodawca, czas się pożegnać z kolegami i koleżankami z pracy. Być może chcesz przynieść ciasto, zorganizować wyjście do pubu, a może po prostu wysłać maila? W każdym razie, nie znikaj z dnia na dzień bez śladu. To dziwne i nie chcesz chyba, żeby ktoś pamiętał Cię jako gbura.

Pamiętaj, żeby wszystkie sprawy z odejściem załatwiać uprzejmie. Nie wiesz w jakich okolicznościach spotkasz swoich współpracowników ponownie, a nigdy nie warto palić mostów. Z drugiej strony, nie ukrywaj powodów odejścia, jeśli pracodawca lub przełożony jest ich ciekaw. Po prostu nie bądź przy tym dupkiem!

Pierwsze dni

Masz nową pracę? Gratulacje! Zanim się przyzwyczaisz do tej olbrzymiej zmiany, minie sporo czasu. W momencie kiedy to piszę, zaczyna się czwarty tydzień, odkąd jestem w nowej firmie, i nie ogarniam jeszcze wszystkiego. Myślę, że na wczesnym etapie najważniejsze jest przykładać się mocno do wszystkich zadań, które dostajesz, i robić je najlepiej, jak się da. To możliwe tylko jeśli nie będziesz się bać zadawać pytań. Jeśli czegoś nie wiesz i próbujesz zgadywać, zamiast dowiedzieć się od kogoś, kto jest tu dłużej niż Ty, niepotrzebnie ryzykujesz. A przecież nikt nie będzie się dziwić, że czegoś nie wiesz, jeśli jesteś w pracy krótko. Może nie chcesz wypaść głupio, ale pamiętaj, że otrzymując odpowiedź na swoje pytanie ukrócasz swoją ignorancję, która inaczej trwałaby w nieskończoność.

Drugą niezwykle istotną sprawą jest zbudowanie pozytywnych relacji z nowymi koleżankami i kolegami. W zależności od tego, jak duża to firma, może to być prostsze lub łatwiejsze, ale zasady są podobne. Lepiej powiedzieć komuś cześć dwa razy niż zignorować na korytarzu. Uśmiechaj się i wdawaj w kurtuazyjne rozmowy. Podoba Ci się piosenka, którą ktoś puścił? Spytaj, co to za wykonawca. Znasz ciekawostkę na tematkawy? Opowiedz ją, gdy stoisz w kolejce do ekspresu.

Na zakończenie

Proces zmiany pracy jest czasochłonny i trudny. Najważniejsze jest to, żeby pamiętać, po co to robisz. Generalnie zgodzimy się chyba, że cel jest jeden – chcesz mieć lepiej w życiu. Pamiętaj o tym i niech ta myśl pomoże przetrwać Ci najtrudniejsze chwile. Dasz sobie radę. Wierzę w to!

Wegańskie Mięso

Internet obiegła sensacyjna wieść. Naukowcy z Oregon State University stworzyli wodorosty smakujące jak bekon. Algi te są pełne witamin, minerałów i antyoksydantów, a w dodatku składają się nawet w 16% z białka. To super-jedzenie posiada dwukrotnie więcej składników odżywczych od jarmużu. Cała sytuacja przypomniała mi, że od lat naukowcy próbują wyhodować sztuczne mięso.

O ile algi są całkowicie wegańskie, to nie chcę próbować rozstrzygać, czy laboratoryjnie stworzone mięso w istocie jest akceptowalne dla wegan – naukowcy muszą pobierać tkanki od krów, żeby je potem sklonować, ale chcieliby w przyszłości ograniczyć korzystanie z produktów pochodzenia zwierzęcego tylko do komórek macierzystych. Nie chcę też wdawać się w dywagacje etyczne – czy weganie faktycznie chcieliby doprowadzić do tego, by zwierzęta nie cierpiały, czy raczej do tego, żeby zwierząt wcale się nie hodowało. Zamiast tego napiszę o tym, że zarówno hodowla nowych gatunków roślin, jak i laboratoryjna hodowla mięsa zdatnego do jedzenia to przyszłość, i wszyscy powinniśmy cieszyć się z jej rozwoju z dwóch powodów.

Po pierwsze, takie działania mogą wpłynąć pozytywnie na nasze środowisko. Pierwszy burger stworzony od początku do końca w laboratorium w 2013 kosztował 330 000 USD. Podobno nie był zbyt smaczny. Oczywiście taka cena za jeden kotlet to zupełne szaleństwo, ale jeśli doprowadzimy do masowej produkcji, laboratoryjne mięso będzie tańsze niż hodowla zwierząt. Co to oznacza dla środowiska? Zwierzęta hodowlane dorzucają swoją cegiełkę do globalnego ocieplenia wydzielając metan – gaz cieplarniany gorszy nawet od dwutlenku węgla. Dodajmy do tego, że w 2050 roku przewiduje się podwojenie produkcji mięsa w stosunku do roku 1999. Jeśli największym graczom na rynku mięsnym bardziej będzie się opłacać utrzymywać hodowlę sklonowanych tkanek, niż żywych krów, ilość zwierząt hodowlanych na pewno spadnie. Z korzyścią zarówno dla środowiska, jak i dla warunków, w jakich będzie się hodować pozostałe stada.

Po drugie, to po prostu walka z głodem. Wspomniany przeze mnie przed chwilą przewidywany dwukrotny skok w produkcji mięsa i tak nie będzie w stanie zaspokoić popytu, który za 40 lat ma być o 2/3 większy niż dzisiaj. To znaczy, że albo znajdziemy sposób, by produkować mięso bardziej efektywnie, albo nie starczy go dla wszystkich. Oczywiście najbiedniejszych i tak nie stać na mięso, ale nie można zapominać, że zmniejszając liczbę hodowli oszczędzamy: ziemię (na której można hodować zboże i warzywa), wodę pitną (której mamy bardzo ograniczone zapasy) oraz… jedzenie (trzoda w USA spożywa 7 razy tyle ziarna, co ludzie).

Dla mnie oba kierunki działania – zarówno modyfikacja istniejących roślin tak, aby smakowały lepiej i były bogatsze w składniki odżywcze, jak i sztuczna hodowla mięsa, pozwalają patrzeć w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Ilość ludzi na świecie rośnie i musimy nauczyć się, w jaki sposób zaspokoić ich głód. Już teraz całe mnóstwo nie dojada – co będzie, kiedy nasza populacja zwiększy się do 10 czy 15 miliardów, a my wciąż będziemy korzystać z takich samych rozwiązań jak dzisiaj? Na szczęście badania nad jedzeniem przyszłości są prowadzone przez cały czas i przynoszą efekty. Szkoda, że w Polsce nie przeprowadza się takich eksperymentów. Gdyby to u nas wymyślono jak klonować smaczną pierś z kurczaka, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat żyłoby się w naszym kraju dużo lepiej.

A tak w ogóle… Spróbowalibyście mięsa z probówki?

Jak liczenie kalorii zmieniło moje życie

Mechanizm chudnięcia lub tycia jest wbrew pozorom dość prosty. Jeśli dostarczasz swojemu organizmowi więcej kalorii, niż spalasz – tyjesz. Jeśli mniej – chudniesz. Człowiek codziennie, nawet leżąc w bezruchu, spala trochę kalorii. Najtrudniejsze jest więc obliczenie, na podstawie wagi i aktywności, ile możesz dziennie jeść, żeby chudnąć, a potem skrupulatne dodawanie do siebie kalorii dostarczanych organizmowi w każdym kolejnym posiłku.

Delikatnie rzecz ujmując, nie należę do najszczuplejszych osób na świecie. Problemy z wagą mam odkąd pamiętam, może poza krótkim okresem w okolicach gimnazjum, kiedy nagle urosłem tak szybko, że tłuszcz nie nadążył z ekspansją. Potem nadrobiłem, i to z górką. Wykonuję siedzącą pracę. Do pracy dojeżdżam samochodem. Apogeum wagi osiągnąłem w styczniu 2015, kiedy to w Nowy Rok ważyłem równo 120 kg, co przy moim wzroście jest bardzo dużą liczbą.

Na szczęście żyjemy w czasach Internetu i aplikacji do wszystkiego. Nie powinno nikogo dziwić, że znajdą się i takie, które po wprowadzeniu podstawowych danych (waga, wzrost, płeć, poziom aktywności, ile chcesz chudnąć na tydzień) same podliczą, ile możesz jeść. W aplikacjach tych znajduje się wartość kaloryczna większości dań i składników, jakie jesz, a okazyjne dodanie czegoś nowego czy dziwnego to nieduży wysiłek. Jest ich sporo, w ulubionym sklepie z aplikacjami na telefon na pewno znajdziesz coś dla siebie. Ja korzystam z My Fitness Pal.

Po wprowadzeniu moich danych i celów wyszło mi, że powinienem jeść niewiele więcej niż 1700 kalorii dziennie. Niby nie tak mało, ale umówmy się, nie jestem grubasem przez przypadek. Jestem nim, bo nie znam umiaru. Nie jestem osobą, która z łatwością zrezygnuje z ciastka po obiedzie (301 kcal) albo butelki dobrego piwa wieczorem (241 kcal). Lubię pizzę (285 kcal na kawałek) i nie potrafię odmówić sobie czekolady (32 kcal na kostkę mlecznej). Na szczęście z ratunkiem przychodzą ćwiczenia.

Kiedy się odchudzasz, ćwiczenia są odwrotnością jedzenia. Ćwiczenia, szczególnie aerobowe, powodują, że ilość kalorii, którą możesz w danym dniu przyjąć, wciąż chudnąc, rośnie. Dobra wiadomość jest taka: żeby móc sobie na to pozwolić, nie trzeba biegać (rozwalone kolano), jeździć na rowerze (ukradli) ani pływać (niska samoocena). Wystarczy iść na spacer. Bonus? Im jesteś grubszy, tym więcej spalasz robiąc każdy krok. Minus? Im będziesz chudszy, tym mniej kalorii zyskasz z każdego ćwiczenia. Jednak istnieje szansa, że do tego czasu trochę się uspokoisz.

W moim przypadku godzinny spacer wciąż powoduje, że mogę wypić wieczorem drinka lub zjeść na obiad kawałek kurczaka z rożna zamiast czegoś mniej kalorycznego. I znajdzie się kilka kalorii na mały deser. Zwykle chodzę dłużej. W pół roku schudłem 20 kg. Mógłbym więcej, ale czasem, głównie w weekendy, przekraczam dzienny limit kalorii. Już teraz czuję się dużo, dużo lepiej. Nie mam zadyszki od chodzenia po schodach. Poprawiło mi się ciśnienie. Nie mam wrażenia, że jestem wielką spuchniętą kulką. Ale to nie wszystko. Zacząłem się zastanawiać nad swoimi wyborami. Myśleć o konsekwencjach. Uczyć się powściągliwości. Powoli, ale skutecznie, zmieniły się nie tylko mój wygląd i waga, ale także mój sposób myślenia.

Wiem, że to nie jest recepta dla każdego. Nie próbuję twierdzić, że każdy może robić to, co ja i osiągnąć podobne efekty. Ale bez wątpienia, jeśli nie macie skomplikowanych problemów zdrowotnych, warto spróbować. Liczenie kalorii jest proste i skuteczne. Szczególnie, kiedy maszyna może odwalić część roboty za ciebie.

Pij wodę (z kranu) – część 2

Zgodnie z obietnicą daną w zeszłym tygodniu, przeprowadziłem wywiad z Kubą Skurzyńskim, który jest moim kolegą pracującym w Aquanecie. Spotkaliśmy się u niego w domu i nie omieszkałem napić się wody z kranu, żeby sprawdzić, czy smakuje tak samo, jak u mnie.

Cześć Kuba, powiedz coś o sobie.

Cześć, jestem Kuba Skurzyński. Pracuję w Aquanecie. Ale wbrew temu, co możesz myśleć, nie pracuję w dziale technicznym, ani w dziale produkcji wody, więc moje odpowiedzi będą odpowiedziami kogoś, kto się wodą po prostu interesuje. Mam nadzieję, że cię to zadowala.

Ale z tego co wiem, to już na tyle się zainteresowałeś, że byłeś nawet obejrzeć, jak woda jest produkowana.

Tak. Uczestniczyłem w dwóch wycieczkach uświadamiających i ukazujących kulisy działania Aquanetu jego pracownikom, więc można powiedzieć, że coś wiem. Widziałem dwa ujęcia wody, z których korzysta Aquanet.

To skąd bierze się wodę w Poznaniu?

W Poznaniu Aquanet korzysta z 3 głównych ujęć. W głównej mierze jest to woda z ujęć Mosina-Krajkowo oraz Dębina (na granicy Poznania i Lubonia, przy autostradzie). Trzecie ujęcie, w Gruszczynie, to jest około 5% całej wody. Jest też kilka lokalnych ujęć dla okolicznych gmin.

Jak działają te ujęcia, które widziałeś?

W ujęciu Dębina pobiera się wodę z Warty. Parę metrów pod dnem znajduje się studnia promienista, która zbiera wodę z rzeki, ale tę przesiąkającą przez dno, parę metrów w dół. Dzięki temu jest ona oczyszczona ze z odpadków i innych fizycznych zanieczyszczeń, które zatrzymują się po prostu na piasku. Stamtąd woda jest wypompowywana do zbiorników infiltracyjnych, gdzie przez około 30 dni znów przesiąka, tym razem przez dno tych zbiorników. Czyli najpierw woda jest dwukrotnie filtrowana grawitacyjnie, przez piasek. Następnie trafia do rurociągu wody surowej, którym płynie do stacji uzdatniania wody w Poznaniu, na Dębcu.

W Krajkowie pobiera się wodę głębinową, z pokładów geologicznych. Ta woda nie ma biologicznych zanieczyszczeń, w przeciwieństwie do wody z rzeki. Jest też silnie zmineralizowana. To dobre miejsce, by taką wodę pobierać, bo nakładają się tam dwa wielkie podziemne zbiorniki wody. Woda z Krajkowa trafia do stacji uzdatniania wody w Mosinie.

Co dalej dzieje się z wodą?

W stacji uzdatniania woda jest napowietrzana i wypuszczana w formie mgiełki pod wysokim ciśnieniem. Opada na specjalne kraty, tak, aby wytrąciły się z niej żelazo i mangan, których jest w wodzie za dużo. To się wytrąca, a potem zbierane jest jako odpad, który jest później wykorzystywany w oczyszczalni ścieków, na przykład do zabijania odoru. Proces produkcji wody jest maksymalnie ekologiczny, bo odpady nie trafiają na śmietnik, tylko są wykorzystywane.

Potem do wody dodaje się aktywny ozon. Jeżeli po przefiltrowaniu i napowietrzaniu coś jeszcze w tej wodzie żyje, to jest zabijane przez ozon. Jednocześnie ozon szybko reaguje, rozpada się. Dzięki temu woda, którą pobieramy z kranu już nie ma go w sobie.

Czy woda z kranu jest chlorowana?

Jest. W niewielkim stopniu, już po zakończeniu całego procesu technologicznego. Nie chloruje się jej w celu oczyszczenia, ale po to, żeby potem, w rurach, nic się w niej już nie urodziło. Tego chloru jest tak niewiele, że o ile wiem, jest praktycznie niewyczuwalny przy wyjściu.

Pijąc wodę u ciebie w domu zauważyłem, że smakuje nieco inaczej, niż u mnie. Nie jest mniej lub bardziej smaczna, ale inna w smaku. Jak myślisz, z czego to może wynikać?

Możemy dostawać po prostu wodę z różnych ujęć. Wpływ na smak wody może mieć też instalacja wodna wewnątrz budynku.

A co, jeżeli woda z kranu komuś nie smakuje, np. dlatego, że wyczuwa w niej zapach i smak chloru? Pytam, bo okazuje się, że niektóre osoby czują chlor lepiej niż inne i jest to niezależne od wyczuwania innych zapachów. Ja też nie czuję chloru w wodzie z kranu, ale są osoby, którym ta sama woda, która jest dla nas zupełnie neutralna, będzie przeszkadzać.

Trudno mi powiedzieć, ponieważ ja nie czuję tego smaku w wodzie, chociaż piję wodę z kranu w wielu miejscach, nie tylko w Poznaniu. Jeżeli ktoś czuje smak chloru może próbować zabić go cytryną i miętą, ale nie ma żadnych innych domowych sposobów, żeby pozbyć się tego zapachu. Można także stosować specjalne filtry. Ja ich jednak nigdy nie używałem. Oczywiście trudno się kłócić z tym, że ktoś czuje chlor w swojej wodzie, ale zapewniam, że jest go tam bardzo malutko.

Czy chlor w wodzie pitnej jest w jakikolwiek sposób szkodliwy dla zdrowia człowieka?

Woda musi spełniać pewne wymagania. W Aquanecie jest laboratorium, które na bieżąco sprawdza jakość wody. Co ciekawe, sprawdzana jest przy pomocy szczeżuj. To gatunek małży, bardzo czułych na zanieczyszczenia.

Na stacji uzdatniania wody są dwa akwaria. W jednym mieszkają sobie czekające na swoją kolej małże, natomiast w drugim są szczeżuje z przyczepionymi magnesami*. Przez ten zbiornik przechodzą próbki wody idącej później do sieci. Kiedy woda jest zbyt brudna, małża zamyka swoją muszlę, o czym wiemy dzięki przyczepionym magnesom. Jeśli kilka z nich zamknie swoje muszle w mniej więcej tym samym momencie, to jest to sygnał dla laboratorium, że z wodą jest coś nie w porządku i że należy przeprowadzić dodatkowe badania. To taki monitoring na bieżąco.

Ale to nie jest jedyny sposób badania wody?

Oczywiście, że nie. Laboratorium działające w stacji uzdatniania wody na bieżąco sprawdza próbki wody. Małże są tylko jednym z wielu środków zapobiegawczych.

W takim razie czym woda z kranu różni się od wody którą kupujemy w butelkach?

Nie wiem dokładnie, jaki jest proces technologiczny pozyskiwania wody butelkowanej, ale woda źródlana raczej nie jest z jakichś szczególnych źródeł wody. Na pewno są wody mineralne, które są bogatsze w minerały niż woda z kranu. Trzeba jednak pamiętać, że te minerały nie są dobre dla każdego. Często jest też tak, że woda, o której myślimy jako o wodzie mineralnej, jest w istocie wodą źródlaną. Generalnie woda z kranu i woda źródlana w butelce nie różni się niczym. Czasami woda z kranu może być nawet bogatsza w korzystne minerały.

Czy znasz jakąś straszną historię dotyczącą picia wody z kranu?

Jak byłem mały, to moja mama straszyła mnie, że jak będę pił wodę z kranu, to będę miał żaby w brzuchu. Ja to ignorowałem i z tego co wiem, nie mam żadnych żab.

A słyszałeś o jakiejś sytuacji, w której ktoś pił wodę z kranu i coś mu się stało?

Nie, nie słyszałem o niczym takim. Nie ma chyba nawet żadnych miejskich legend na ten temat. Nie wiem, skąd wynika niechęć do picia wody z kranu. Moja mama zniechęcała mnie do tego w czasach, kiedy nie było agresywnych kampanii reklamowych i nie można było powiedzieć o lobbingu producentów wody butelkowanej. Być może kiedyś faktycznie woda była mocniej chlorowana i gorszej jakości. Teraz, o ile wiem, w Polsce nie ma nawet jednego miasta, w którym nie można byłoby pić wody z kranu.

Chciałbyś coś jeszcze powiedzieć o wodzie z kranu?

Jest super. Ja naprawdę bardzo lubię smak wody z kranu. Piję tę wodę z kranu w pracy i w domu, a także jak gdzieś wyjeżdżam. Polecam i ręczę własnym zdrowiem, bo piłem wodę z kranu nawet zanim zacząłem pracę w Aquanecie.

Dzięki za rozmowę.

Też dziękuję.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać cię do picia wody z kranu. Masz pytania? Podziel się nimi w komentarzach!

Pij wodę (z kranu)

Pewnie wiesz, że dorosłej osobie zaleca się pić 6 – 8 szklanek wody dziennie. Prawdopodobnie nie wiesz, że codziennie to robisz. Być może słyszałeś lub słyszałaś, że lepiej (dla zdrowia) jest pić więcej wody, niż ta zalecana ilość. Albo że herbata lub kawa tak naprawdę odwadnia i nie powinno się jej liczyć do ilości pitej wody. A co, gdybym Ci powiedział, że większość tego, co wiesz o piciu wody to nieporozumienia i mity?

Zacznijmy od tego, że nigdy nie udowodniono, żeby picie większej ilości wody niż zalecana miało jakikolwiek pozytywny skutek na zdrowie człowieka. Po drugie, przeciętny człowiek „pije” dziennie mniej więcej 6 do 8 szklanek wody. A właściwie przyjmuje do organizmu, ponieważ do tego limitu należy liczyć także inne napoje oraz wodę występującą w jedzeniu. Dodajmy do tego powszechne (i błędne) przekonanie, że woda z kranu nie nadaje się do picia i być może uda nam się zauważyć, kto jest beneficjentem większości wyżej przedstawionych mitów. Firmy sprzedające wodę w butelkach.

Jestem daleki od szerzenia teorii spiskowych, w których główną rolę grają złe korporacje pragnące zagłady ludzkości. Jednak jestem pewien, że kiedy w grę wchodzą grube pieniądze, wielkie firmy nastawione na zysk potrafią zachowywać się nieetycznie. W tym przypadku niby nie dzieje się nic strasznego – od nadmiaru wody raczej nikt nie umrze (przynajmniej dopóki nie próbuje wypić 15-20 litrów w ciągu doby). Ale czy na pewno?

Sprzedaż wody butelkowanej ma bezpośredni związek ze wzrostem świadomości zdrowotnej wśród społeczeństw bogatego zachodu. Ludzie nie chcą kupować słodkich napojów, bojąc się otyłości lub cukrzycy. Jak zarobić na osobach chcących dbać o zdrowie? Dać im coś, co nie jest szkodliwe i sprzedać od 240 do 10 000 razy drożej, mówiąc, że jest zdrowe. Tak, butelkowana woda, którą pijecie jest od 240 do 10 000 razy droższa, niż taka sama woda w waszych kranach. Za co więc się tyle płaci? Trochę na pewno za opakowanie. Za plastikowe butelki, produkowane na masową skalę, w procesie produkcji zatruwające nasze środowisko naturalne, a po wykorzystaniu zalegające na wysypiskach, w lasach, na ulicach. Reszta to czysty zysk. Dla korporacji oczywiście. Przeciętny mieszkaniec tej planety traci na butelkowanej wodzie jeszcze więcej.

Dlaczego? Ponieważ picie i kupowanie butelkowanej wody jest wspieraniem zacofanej i dziwacznej wizji społeczeństwa. Wizji, w której dostęp do wody, niezbędnej każdemu człowiekowi do przeżycia jest przywilejem. Wizji, w której zamiast korzystać z setek lat rozwoju inżynierii i nauki, dzięki którym woda pitna dociera prosto do naszych domów – chodzimy po nią do sklepów, jak kiedyś chodziliśmy z dzbanami do źródeł. Dzisiaj 11% ludzi na ziemi wciąż nie ma stałego dostępu do czystej wody pitnej. My, mając ją na wyciągnięcie ręki, zamiast korzystać z niej rozsądnie, wspieramy wielkie firmy lobbujące przeciwko uznaniu dostępu do wody pitnej prawem człowieka. Zamiast lokalnym, kontrolowanym przez miasto wodociągom, dajemy swoje pieniądze międzynarodowym korporacjom, które niespecjalnie kwapią się do publicznego ujawniania w jaki sposób pozyskują wodę, którą potem z takim zyskiem nam sprzedają.

Gdybyśmy zamiast kupować butelkowaną wodę korzystali z tej w kranach, zostałoby nam w kieszeniach tyle pieniędzy, że z powodzeniem moglibyśmy zmodernizować i rozbudować system publicznego dostępu do wody tak, żeby w każdej szkole, urzędzie czy nawet na ulicy spragniony mógł napić się czystej wody. Tak jak to było w starożytnym Rzymie. Pijąc wodę z kranu wspieramy przyszłość, w której dostęp do wody jest prawem, a nie przywilejem, a rezygnując z plastiku dbamy o środowisko. Nie mówiąc już o tym, że woda z kranu jest po prostu zdrowa i często zawiera więcej minerałów niż ta butelkowana (szczególnie, jeśli mowa o wodzie „źródlanej”). Same plusy!

Dlaczego jesteś przesądny?

Uważasz się za rozsądną, racjonalną osobę. Nie wierzysz w czary ani duchy. Ale czy na pewno nigdy nie zdarzyło ci się zawahać przed położeniem swojej torby na podłodze? Uczeni walczą z nimi od ponad 300 lat. Mimo to, przesądy są wszędzie i mają się bardzo dobrze.

Przesąd to bezpodstawna i niemożliwa do weryfikacji wiara w związek przyczynowo-skutkowy między danymi zdarzeniami. Jeśli czarny kot przejdzie ci drogę, będziesz mieć pecha. Jeśli stłuczesz lustro, czeka cię 7 lat nieszczęścia. Jeśli odpalisz papierosa od świeczki, na morzu zginie marynarz. To oczywiste, że nie ma najmniejszych dowodów, że coś takiego się dzieje.

Oczywiście w niektórych przypadkach zbieg okoliczności spowodował, że jakieś wydarzenie (np. przejście pod drabiną) występowało przed innym, niepożądanym w skutkach wydarzeniem (tzw. pechem, powiedzmy, że złamaniem nogi). Człowiek, ze swojej natury szukający wyjaśnień tego, co mu się przytrafia połączył oba te wydarzenia tylko dlatego, że na co dzień nie przechodzi się pod drabiną. Późniejsze złamanie nogi musiało mieć więc jakiś związek z tym niecodziennym wydarzeniem, prawda? Mało tego, człowiek był w stanie dopowiedzieć sobie pseudo-racjonalne wyjaśnienie pecha – otóż przechodząc pod drabiną, zrzuca się z ramion swojego anioła stróża. Proste. Teraz opowiedz wszystkim, co ci się przydarzyło, dlaczego się to stało, poczekaj kilkaset lat, aż podobny zbieg okoliczności przytrafi się kolejnym osobom niezliczoną ilość razy i przesąd gotowy.

Działa tu mechanizm zwany efektem potwierdzenia. Oznacza to, że człowiek preferuje informacje, które potwierdzają jego dotychczasową wiedzę, poglądy i oczekiwania, ignorując jednocześnie fakty, które stoją z tymi oczekiwaniami w sprzeczności. Powoduje to sytuację, w której człowiek niejako wybiera sobie i przyswaja z całej puli dostępnych informacji tylko te, które pasują do jego obrazu świata.

Być może słyszeliście o wpływie faz księżyca na zachowanie ludzi? Dość powszechnie wierzy się na przykład, że podczas pełni księżyca ludzie stają się bardziej agresywni. Prawdopodobnie znajdziecie nawet osoby, które będą w stanie potwierdzić wam tę informację w sposób wiarygodny. Bo jak tu nie wierzyć ratownikowi medycznemu, który przecież z własnego doświadczenia wie, że niemal zawsze w czasie pełni księżyca pomaga w izbie przyjęć osobom z rozkwaszonymi nosami i obitymi kłykciami?

Niestety, powinniśmy nie wierzyć. Bezwzględne dane mówią nam jasno, że nie ma żadnej korelacji pomiędzy fazami księżyca a zachowaniem ludzi, a nasz ratownik medyczny po prostu łatwiej zapamiętuje wszystkie sytuacje, w których podczas pełni musiał pomagać osobom poszkodowanym w bójkach, ignorując jednocześnie, jak wiele bójek ma miejsce w innym czasie. Jak to działa? Kiedy ratownik, pomagając komuś pobitemu wie, że jest pełnia, potwierdza to jego przypuszczenia o wpływie pełni na agresję. Kiedy pomaga komuś, a pełni nie ma, nie potwierdza to nic, ani niczemu nie zaprzecza, więc jest dla niego nieistotnym faktem.

Jednak część przesądów w momencie powstania nie była wcale taka głupia i irracjonalna. Bo czy w czasach, kiedy sól kosztowała tyle, co beczka śledzi albo nowa suknia, było czymś dziwnym, że jej rozsypanie nawet nie tyle powodowało nieszczęście, co po prostu nieszczęściem było? Ale nie musimy sięgać aż do średniowiecza, by zaobserwować powstawanie tego rodzaju przesądów. Podobno odpalenie więcej niż jednego papierosa jedną zapałką ma przynosić pecha. Przesąd ten pochodzi podobno z okopów wojen światowych, kiedy każde kolejne światełko papierosa pozwalało wrogiemu snajperowi lepiej wycelować, w efekcie zabijając pechowego żołnierza. Wojna skończyła się 70 lat temu, ale myślę, że wśród uczniów palących na długiej przerwie za internatem swoje pierwsze papierosy, wciąż każdy gasi zapałkę po odpaleniu swojego peta.

W tego rodzaju przesądach zachowanie przynoszące w pewnych warunkach niepożądane skutki zostało uznane za przynoszące pecha, także po usunięciu warunków, które by tego pecha jakoś uzasadniały. Następnie zadziałał efekt potwierdzenia – komuś wciąż przydarzają się awantury tego samego dnia, kiedy rozsypał sól. Co najciekawsze, tego samego typu przesądy kultywują… Gołębie.

W 1948 psycholog B. F. Skinner opublikował artykuł, w którym opisał dziwne zachowania gołębi. Jeden z gołębi obserwowanych przez naukowca gwałtownie skręcał chodząc po klatce, inny zaś kiwał głową w tą i z powrotem. Skinner uważał, że robią to w sposób rytualny, oczekując, że w efekcie tego zachowania w dozowniku pojawi się jedzenie. Dozownik zaś ustawiony był tak, by wydawać jedzenie o dokładnie tych samych porach, bez względu na zachowanie gołębi. Gołębie, nie wiedząc o tym, być może zauważyły korelację pomiędzy danym zachowaniem a otrzymaniem pożywienia. A potem potwierdziły swoje przypuszczenia. Skoro zachowywały się przesądnie co chwilę, to każde pożywienie pojawiało się po dokonaniu rytuału. Co prawda nie pojawiało się po każdym wykonaniu rytuału, ale wystarczająco często, by powtarzać czynność i nie obniżać swoich szans na otrzymanie pożywienia poprzez zaniechanie.

Część naukowców nie zgodziła się ze Skinnerem, twierdząc, że zachowanie gołębi można tłumaczyć w inny sposób. Jednak bez względu na to, czy Skinner miał rację, jego badania doprowadziły do powstania ciekawej hipotezy dotyczącej przesądnego myślenia u ludzi.

Otóż wydaje się, że bycie przesądnym ma uzasadnienie. Uzasadnieniem tym jest dobór naturalny. Nikt nie wątpi, że wyciąganie właściwych wniosków ma zasadnicze znaczenie dla przetrwania. Z punktu widzenia natury – im szybciej wyciągniemy te wnioski, tym lepiej. Powoduje to, że kojarzenie ze sobą wydarzeń w sposób przyczynowo-skutkowy jest po prostu korzystne. Jeśli chociaż część z nich będzie właściwa, znacząco podniesie to nasze szanse na przetrwanie, podczas gdy potencjalne straty z nieprawidłowych skojarzeń są właściwie nieszkodliwe.