Wegańskie Mięso

Internet obiegła sensacyjna wieść. Naukowcy z Oregon State University stworzyli wodorosty smakujące jak bekon. Algi te są pełne witamin, minerałów i antyoksydantów, a w dodatku składają się nawet w 16% z białka. To super-jedzenie posiada dwukrotnie więcej składników odżywczych od jarmużu. Cała sytuacja przypomniała mi, że od lat naukowcy próbują wyhodować sztuczne mięso.

O ile algi są całkowicie wegańskie, to nie chcę próbować rozstrzygać, czy laboratoryjnie stworzone mięso w istocie jest akceptowalne dla wegan – naukowcy muszą pobierać tkanki od krów, żeby je potem sklonować, ale chcieliby w przyszłości ograniczyć korzystanie z produktów pochodzenia zwierzęcego tylko do komórek macierzystych. Nie chcę też wdawać się w dywagacje etyczne – czy weganie faktycznie chcieliby doprowadzić do tego, by zwierzęta nie cierpiały, czy raczej do tego, żeby zwierząt wcale się nie hodowało. Zamiast tego napiszę o tym, że zarówno hodowla nowych gatunków roślin, jak i laboratoryjna hodowla mięsa zdatnego do jedzenia to przyszłość, i wszyscy powinniśmy cieszyć się z jej rozwoju z dwóch powodów.

Po pierwsze, takie działania mogą wpłynąć pozytywnie na nasze środowisko. Pierwszy burger stworzony od początku do końca w laboratorium w 2013 kosztował 330 000 USD. Podobno nie był zbyt smaczny. Oczywiście taka cena za jeden kotlet to zupełne szaleństwo, ale jeśli doprowadzimy do masowej produkcji, laboratoryjne mięso będzie tańsze niż hodowla zwierząt. Co to oznacza dla środowiska? Zwierzęta hodowlane dorzucają swoją cegiełkę do globalnego ocieplenia wydzielając metan – gaz cieplarniany gorszy nawet od dwutlenku węgla. Dodajmy do tego, że w 2050 roku przewiduje się podwojenie produkcji mięsa w stosunku do roku 1999. Jeśli największym graczom na rynku mięsnym bardziej będzie się opłacać utrzymywać hodowlę sklonowanych tkanek, niż żywych krów, ilość zwierząt hodowlanych na pewno spadnie. Z korzyścią zarówno dla środowiska, jak i dla warunków, w jakich będzie się hodować pozostałe stada.

Po drugie, to po prostu walka z głodem. Wspomniany przeze mnie przed chwilą przewidywany dwukrotny skok w produkcji mięsa i tak nie będzie w stanie zaspokoić popytu, który za 40 lat ma być o 2/3 większy niż dzisiaj. To znaczy, że albo znajdziemy sposób, by produkować mięso bardziej efektywnie, albo nie starczy go dla wszystkich. Oczywiście najbiedniejszych i tak nie stać na mięso, ale nie można zapominać, że zmniejszając liczbę hodowli oszczędzamy: ziemię (na której można hodować zboże i warzywa), wodę pitną (której mamy bardzo ograniczone zapasy) oraz… jedzenie (trzoda w USA spożywa 7 razy tyle ziarna, co ludzie).

Dla mnie oba kierunki działania – zarówno modyfikacja istniejących roślin tak, aby smakowały lepiej i były bogatsze w składniki odżywcze, jak i sztuczna hodowla mięsa, pozwalają patrzeć w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Ilość ludzi na świecie rośnie i musimy nauczyć się, w jaki sposób zaspokoić ich głód. Już teraz całe mnóstwo nie dojada – co będzie, kiedy nasza populacja zwiększy się do 10 czy 15 miliardów, a my wciąż będziemy korzystać z takich samych rozwiązań jak dzisiaj? Na szczęście badania nad jedzeniem przyszłości są prowadzone przez cały czas i przynoszą efekty. Szkoda, że w Polsce nie przeprowadza się takich eksperymentów. Gdyby to u nas wymyślono jak klonować smaczną pierś z kurczaka, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat żyłoby się w naszym kraju dużo lepiej.

A tak w ogóle… Spróbowalibyście mięsa z probówki?

Jak liczenie kalorii zmieniło moje życie

Mechanizm chudnięcia lub tycia jest wbrew pozorom dość prosty. Jeśli dostarczasz swojemu organizmowi więcej kalorii, niż spalasz – tyjesz. Jeśli mniej – chudniesz. Człowiek codziennie, nawet leżąc w bezruchu, spala trochę kalorii. Najtrudniejsze jest więc obliczenie, na podstawie wagi i aktywności, ile możesz dziennie jeść, żeby chudnąć, a potem skrupulatne dodawanie do siebie kalorii dostarczanych organizmowi w każdym kolejnym posiłku.

Delikatnie rzecz ujmując, nie należę do najszczuplejszych osób na świecie. Problemy z wagą mam odkąd pamiętam, może poza krótkim okresem w okolicach gimnazjum, kiedy nagle urosłem tak szybko, że tłuszcz nie nadążył z ekspansją. Potem nadrobiłem, i to z górką. Wykonuję siedzącą pracę. Do pracy dojeżdżam samochodem. Apogeum wagi osiągnąłem w styczniu 2015, kiedy to w Nowy Rok ważyłem równo 120 kg, co przy moim wzroście jest bardzo dużą liczbą.

Na szczęście żyjemy w czasach Internetu i aplikacji do wszystkiego. Nie powinno nikogo dziwić, że znajdą się i takie, które po wprowadzeniu podstawowych danych (waga, wzrost, płeć, poziom aktywności, ile chcesz chudnąć na tydzień) same podliczą, ile możesz jeść. W aplikacjach tych znajduje się wartość kaloryczna większości dań i składników, jakie jesz, a okazyjne dodanie czegoś nowego czy dziwnego to nieduży wysiłek. Jest ich sporo, w ulubionym sklepie z aplikacjami na telefon na pewno znajdziesz coś dla siebie. Ja korzystam z My Fitness Pal.

Po wprowadzeniu moich danych i celów wyszło mi, że powinienem jeść niewiele więcej niż 1700 kalorii dziennie. Niby nie tak mało, ale umówmy się, nie jestem grubasem przez przypadek. Jestem nim, bo nie znam umiaru. Nie jestem osobą, która z łatwością zrezygnuje z ciastka po obiedzie (301 kcal) albo butelki dobrego piwa wieczorem (241 kcal). Lubię pizzę (285 kcal na kawałek) i nie potrafię odmówić sobie czekolady (32 kcal na kostkę mlecznej). Na szczęście z ratunkiem przychodzą ćwiczenia.

Kiedy się odchudzasz, ćwiczenia są odwrotnością jedzenia. Ćwiczenia, szczególnie aerobowe, powodują, że ilość kalorii, którą możesz w danym dniu przyjąć, wciąż chudnąc, rośnie. Dobra wiadomość jest taka: żeby móc sobie na to pozwolić, nie trzeba biegać (rozwalone kolano), jeździć na rowerze (ukradli) ani pływać (niska samoocena). Wystarczy iść na spacer. Bonus? Im jesteś grubszy, tym więcej spalasz robiąc każdy krok. Minus? Im będziesz chudszy, tym mniej kalorii zyskasz z każdego ćwiczenia. Jednak istnieje szansa, że do tego czasu trochę się uspokoisz.

W moim przypadku godzinny spacer wciąż powoduje, że mogę wypić wieczorem drinka lub zjeść na obiad kawałek kurczaka z rożna zamiast czegoś mniej kalorycznego. I znajdzie się kilka kalorii na mały deser. Zwykle chodzę dłużej. W pół roku schudłem 20 kg. Mógłbym więcej, ale czasem, głównie w weekendy, przekraczam dzienny limit kalorii. Już teraz czuję się dużo, dużo lepiej. Nie mam zadyszki od chodzenia po schodach. Poprawiło mi się ciśnienie. Nie mam wrażenia, że jestem wielką spuchniętą kulką. Ale to nie wszystko. Zacząłem się zastanawiać nad swoimi wyborami. Myśleć o konsekwencjach. Uczyć się powściągliwości. Powoli, ale skutecznie, zmieniły się nie tylko mój wygląd i waga, ale także mój sposób myślenia.

Wiem, że to nie jest recepta dla każdego. Nie próbuję twierdzić, że każdy może robić to, co ja i osiągnąć podobne efekty. Ale bez wątpienia, jeśli nie macie skomplikowanych problemów zdrowotnych, warto spróbować. Liczenie kalorii jest proste i skuteczne. Szczególnie, kiedy maszyna może odwalić część roboty za ciebie.

Pij wodę (z kranu) – część 2

Zgodnie z obietnicą daną w zeszłym tygodniu, przeprowadziłem wywiad z Kubą Skurzyńskim, który jest moim kolegą pracującym w Aquanecie. Spotkaliśmy się u niego w domu i nie omieszkałem napić się wody z kranu, żeby sprawdzić, czy smakuje tak samo, jak u mnie.

Cześć Kuba, powiedz coś o sobie.

Cześć, jestem Kuba Skurzyński. Pracuję w Aquanecie. Ale wbrew temu, co możesz myśleć, nie pracuję w dziale technicznym, ani w dziale produkcji wody, więc moje odpowiedzi będą odpowiedziami kogoś, kto się wodą po prostu interesuje. Mam nadzieję, że cię to zadowala.

Ale z tego co wiem, to już na tyle się zainteresowałeś, że byłeś nawet obejrzeć, jak woda jest produkowana.

Tak. Uczestniczyłem w dwóch wycieczkach uświadamiających i ukazujących kulisy działania Aquanetu jego pracownikom, więc można powiedzieć, że coś wiem. Widziałem dwa ujęcia wody, z których korzysta Aquanet.

To skąd bierze się wodę w Poznaniu?

W Poznaniu Aquanet korzysta z 3 głównych ujęć. W głównej mierze jest to woda z ujęć Mosina-Krajkowo oraz Dębina (na granicy Poznania i Lubonia, przy autostradzie). Trzecie ujęcie, w Gruszczynie, to jest około 5% całej wody. Jest też kilka lokalnych ujęć dla okolicznych gmin.

Jak działają te ujęcia, które widziałeś?

W ujęciu Dębina pobiera się wodę z Warty. Parę metrów pod dnem znajduje się studnia promienista, która zbiera wodę z rzeki, ale tę przesiąkającą przez dno, parę metrów w dół. Dzięki temu jest ona oczyszczona ze z odpadków i innych fizycznych zanieczyszczeń, które zatrzymują się po prostu na piasku. Stamtąd woda jest wypompowywana do zbiorników infiltracyjnych, gdzie przez około 30 dni znów przesiąka, tym razem przez dno tych zbiorników. Czyli najpierw woda jest dwukrotnie filtrowana grawitacyjnie, przez piasek. Następnie trafia do rurociągu wody surowej, którym płynie do stacji uzdatniania wody w Poznaniu, na Dębcu.

W Krajkowie pobiera się wodę głębinową, z pokładów geologicznych. Ta woda nie ma biologicznych zanieczyszczeń, w przeciwieństwie do wody z rzeki. Jest też silnie zmineralizowana. To dobre miejsce, by taką wodę pobierać, bo nakładają się tam dwa wielkie podziemne zbiorniki wody. Woda z Krajkowa trafia do stacji uzdatniania wody w Mosinie.

Co dalej dzieje się z wodą?

W stacji uzdatniania woda jest napowietrzana i wypuszczana w formie mgiełki pod wysokim ciśnieniem. Opada na specjalne kraty, tak, aby wytrąciły się z niej żelazo i mangan, których jest w wodzie za dużo. To się wytrąca, a potem zbierane jest jako odpad, który jest później wykorzystywany w oczyszczalni ścieków, na przykład do zabijania odoru. Proces produkcji wody jest maksymalnie ekologiczny, bo odpady nie trafiają na śmietnik, tylko są wykorzystywane.

Potem do wody dodaje się aktywny ozon. Jeżeli po przefiltrowaniu i napowietrzaniu coś jeszcze w tej wodzie żyje, to jest zabijane przez ozon. Jednocześnie ozon szybko reaguje, rozpada się. Dzięki temu woda, którą pobieramy z kranu już nie ma go w sobie.

Czy woda z kranu jest chlorowana?

Jest. W niewielkim stopniu, już po zakończeniu całego procesu technologicznego. Nie chloruje się jej w celu oczyszczenia, ale po to, żeby potem, w rurach, nic się w niej już nie urodziło. Tego chloru jest tak niewiele, że o ile wiem, jest praktycznie niewyczuwalny przy wyjściu.

Pijąc wodę u ciebie w domu zauważyłem, że smakuje nieco inaczej, niż u mnie. Nie jest mniej lub bardziej smaczna, ale inna w smaku. Jak myślisz, z czego to może wynikać?

Możemy dostawać po prostu wodę z różnych ujęć. Wpływ na smak wody może mieć też instalacja wodna wewnątrz budynku.

A co, jeżeli woda z kranu komuś nie smakuje, np. dlatego, że wyczuwa w niej zapach i smak chloru? Pytam, bo okazuje się, że niektóre osoby czują chlor lepiej niż inne i jest to niezależne od wyczuwania innych zapachów. Ja też nie czuję chloru w wodzie z kranu, ale są osoby, którym ta sama woda, która jest dla nas zupełnie neutralna, będzie przeszkadzać.

Trudno mi powiedzieć, ponieważ ja nie czuję tego smaku w wodzie, chociaż piję wodę z kranu w wielu miejscach, nie tylko w Poznaniu. Jeżeli ktoś czuje smak chloru może próbować zabić go cytryną i miętą, ale nie ma żadnych innych domowych sposobów, żeby pozbyć się tego zapachu. Można także stosować specjalne filtry. Ja ich jednak nigdy nie używałem. Oczywiście trudno się kłócić z tym, że ktoś czuje chlor w swojej wodzie, ale zapewniam, że jest go tam bardzo malutko.

Czy chlor w wodzie pitnej jest w jakikolwiek sposób szkodliwy dla zdrowia człowieka?

Woda musi spełniać pewne wymagania. W Aquanecie jest laboratorium, które na bieżąco sprawdza jakość wody. Co ciekawe, sprawdzana jest przy pomocy szczeżuj. To gatunek małży, bardzo czułych na zanieczyszczenia.

Na stacji uzdatniania wody są dwa akwaria. W jednym mieszkają sobie czekające na swoją kolej małże, natomiast w drugim są szczeżuje z przyczepionymi magnesami*. Przez ten zbiornik przechodzą próbki wody idącej później do sieci. Kiedy woda jest zbyt brudna, małża zamyka swoją muszlę, o czym wiemy dzięki przyczepionym magnesom. Jeśli kilka z nich zamknie swoje muszle w mniej więcej tym samym momencie, to jest to sygnał dla laboratorium, że z wodą jest coś nie w porządku i że należy przeprowadzić dodatkowe badania. To taki monitoring na bieżąco.

Ale to nie jest jedyny sposób badania wody?

Oczywiście, że nie. Laboratorium działające w stacji uzdatniania wody na bieżąco sprawdza próbki wody. Małże są tylko jednym z wielu środków zapobiegawczych.

W takim razie czym woda z kranu różni się od wody którą kupujemy w butelkach?

Nie wiem dokładnie, jaki jest proces technologiczny pozyskiwania wody butelkowanej, ale woda źródlana raczej nie jest z jakichś szczególnych źródeł wody. Na pewno są wody mineralne, które są bogatsze w minerały niż woda z kranu. Trzeba jednak pamiętać, że te minerały nie są dobre dla każdego. Często jest też tak, że woda, o której myślimy jako o wodzie mineralnej, jest w istocie wodą źródlaną. Generalnie woda z kranu i woda źródlana w butelce nie różni się niczym. Czasami woda z kranu może być nawet bogatsza w korzystne minerały.

Czy znasz jakąś straszną historię dotyczącą picia wody z kranu?

Jak byłem mały, to moja mama straszyła mnie, że jak będę pił wodę z kranu, to będę miał żaby w brzuchu. Ja to ignorowałem i z tego co wiem, nie mam żadnych żab.

A słyszałeś o jakiejś sytuacji, w której ktoś pił wodę z kranu i coś mu się stało?

Nie, nie słyszałem o niczym takim. Nie ma chyba nawet żadnych miejskich legend na ten temat. Nie wiem, skąd wynika niechęć do picia wody z kranu. Moja mama zniechęcała mnie do tego w czasach, kiedy nie było agresywnych kampanii reklamowych i nie można było powiedzieć o lobbingu producentów wody butelkowanej. Być może kiedyś faktycznie woda była mocniej chlorowana i gorszej jakości. Teraz, o ile wiem, w Polsce nie ma nawet jednego miasta, w którym nie można byłoby pić wody z kranu.

Chciałbyś coś jeszcze powiedzieć o wodzie z kranu?

Jest super. Ja naprawdę bardzo lubię smak wody z kranu. Piję tę wodę z kranu w pracy i w domu, a także jak gdzieś wyjeżdżam. Polecam i ręczę własnym zdrowiem, bo piłem wodę z kranu nawet zanim zacząłem pracę w Aquanecie.

Dzięki za rozmowę.

Też dziękuję.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać cię do picia wody z kranu. Masz pytania? Podziel się nimi w komentarzach!

Głębokie sny

Pierwszego lipca Google opublikowało w Internecie DeepDream – program wykorzystujący sztuczne sieci neuronowe do tworzenia dziwnych, niesamowitych i nieco przerażających obrazów. Sieć oszalała na punkcie głębokich snów.

Sztuczne sieci neuronowe (Artificial Neural Networks) to technologia wymyślona przez specjalistów firmy Google by komputery lepiej „rozumiały” nasz świat, a właściwie jego wizualną stronę. Służy do lepszego katalogowania i klasyfikowania obrazów. To dzięki niej Google Photos jest w stanie rozpoznawać, co dzieje się na zdjęciach, które przechowujesz w tej usłudze (chociaż nie zawsze robi to dobrze). Teraz dzięki niej powstaje także dziwna i niepokojąca sztuka.

Sztuczne sieci neuronowe działają wyszukując i identyfikując w zdjęciach najróżniejsze wzory i schematy (np. twarze). DeepDream zaś, opierając się na tym kodzie, po znalezieniu danego wzoru na zdjęciu lekko edytuje obraz, by wyglądał bardziej, jak ten wzór. A potem jeszcze raz, od początku.

Po wielu powtórzeniach zwykły pejzaż, selfie czy skan renesansowego obrazu zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. W zależności od tego, jakie wzory kazaliśmy wyszukiwać programowi, efekt może być piękny lub przerażający, bardziej lub mniej abstrakcyjny czy surrealistyczny. Chyba najbardziej rozpoznawalnym i najczęstszym efektem uzyskiwany dzięki głębokim snom są niesamowite ilości oczu i zwierzęcych twarzy. Ale nie ma co się dziwić – sztuczne sieci neuronowe zostały wymyślone właśnie po, by znajdywać tego rodzaju wzory.

Istnienie sztucznych sieci neuronalnych oznacza, że maszyny nas widzą. Po raz pierwszy w historii człowiekowi udało się zaprogramować komputer w taki sposób, by dość dokładnie rozpoznawał co znajduje się na obrazie, który analizuje. Może to brzmieć dość przerażająco, ale obcujemy z tym już jakiś czas. Facebook mając kilka Twoich fotek wie, na jakich jeszcze jesteś zdjęciach, nawet, jeśli nie pozwalasz mu na pokazywanie tego publicznie. Teraz Google Photos pozwala ci przeszukiwać swoje zdjęcia w poszukiwaniu zdjęć jedzenia, osób czy pejzaży, mimo, że nie zostały im nadane żadne tytuły.

Potencjalne zastosowania tego rodzaju algorytmów nie mieszczą się w głowie. Z jednej strony wyobrażam sobie, jak superszybkie komputery pomagają znajdować osoby zaginione przeszukując terabajty danych pod kątem wzoru twarzy. Z drugiej, jak te same algorytmy pozwalają autorytarnym władzom zidentyfikować lub odnaleźć każdego członka manifestacji czy protestu.

Jak ważny jest w tej całej sprawie program do robienia dziwnych obrazków? DeepDream pozwala nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób rozumie i postrzega nasz świat prymitywna sztuczna inteligencja. Pozwala nam domniemywać, że jeżeli kiedykolwiek będziemy mieli do czynienia z prawdziwym, niezależnym AI, to będzie ono właśnie takie – obce i widzące świat w zupełnie inny sposób niż my. Przypomnij sobie Terminatora, ujęcie z oczu T-800. Filmowcy wyobrazili sobie sposób widzenia maszyny jako obraz z czerwonym filtrem, na którym znajduje się mnóstwo cyferek i wskaźników. Terminator widział tak jak my, tylko na czerwono i z podpowiedziami. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że widziałby jak DeepDream. Wyszukiwałby i identyfikował wzory – drzwi, twarzy, psa, okularów. Bardzo szybko.

Póki co jednak nie zagraża nam ani zła sztuczna inteligencja (powątpiewam zresztą, by sztuczna inteligencja była dla nas faktycznym zagrożeniem, ale to temat na inną notkę), ani totalitarny rząd. Chyba możemy po prostu cieszyć się z łatwiejszego przeszukiwania swoich zdjęć i pięknych, chociaż trochę niepokojących obrazów tworzonych za pomocą algorytmów. Mi one niesamowicie się podobają.

Tymczasem najlepsze Głębokie Sny doczekały się już kilku galerii w znanych i popularnych portalach, np. na Wired, The Telegraph i Dazed. Ale to nie koniec. Głębokie sny występują także w wersji wideo. Dlatego na deser obejrzyj sobie fragment „Las Vegas Parano”.

Jeżeli chcesz stworzyć własne obrazy, możesz zrobić to łatwo, korzystając np. z sieciowej aplikacji Dreamscope, albo trudniej (ale mając dużo większy wpływ na ostateczny efekt), czyli korzystając z publicznie dostępnych na GitHubie repozytoriów do Głębokich Snów w obrazie, jak i w wideo. Nie zapomnij podzielić się swoimi dziełami np. na Twitterze, pod hasztagiem #DeepDream.

Pij wodę (z kranu)

Pewnie wiesz, że dorosłej osobie zaleca się pić 6 – 8 szklanek wody dziennie. Prawdopodobnie nie wiesz, że codziennie to robisz. Być może słyszałeś lub słyszałaś, że lepiej (dla zdrowia) jest pić więcej wody, niż ta zalecana ilość. Albo że herbata lub kawa tak naprawdę odwadnia i nie powinno się jej liczyć do ilości pitej wody. A co, gdybym Ci powiedział, że większość tego, co wiesz o piciu wody to nieporozumienia i mity?

Zacznijmy od tego, że nigdy nie udowodniono, żeby picie większej ilości wody niż zalecana miało jakikolwiek pozytywny skutek na zdrowie człowieka. Po drugie, przeciętny człowiek „pije” dziennie mniej więcej 6 do 8 szklanek wody. A właściwie przyjmuje do organizmu, ponieważ do tego limitu należy liczyć także inne napoje oraz wodę występującą w jedzeniu. Dodajmy do tego powszechne (i błędne) przekonanie, że woda z kranu nie nadaje się do picia i być może uda nam się zauważyć, kto jest beneficjentem większości wyżej przedstawionych mitów. Firmy sprzedające wodę w butelkach.

Jestem daleki od szerzenia teorii spiskowych, w których główną rolę grają złe korporacje pragnące zagłady ludzkości. Jednak jestem pewien, że kiedy w grę wchodzą grube pieniądze, wielkie firmy nastawione na zysk potrafią zachowywać się nieetycznie. W tym przypadku niby nie dzieje się nic strasznego – od nadmiaru wody raczej nikt nie umrze (przynajmniej dopóki nie próbuje wypić 15-20 litrów w ciągu doby). Ale czy na pewno?

Sprzedaż wody butelkowanej ma bezpośredni związek ze wzrostem świadomości zdrowotnej wśród społeczeństw bogatego zachodu. Ludzie nie chcą kupować słodkich napojów, bojąc się otyłości lub cukrzycy. Jak zarobić na osobach chcących dbać o zdrowie? Dać im coś, co nie jest szkodliwe i sprzedać od 240 do 10 000 razy drożej, mówiąc, że jest zdrowe. Tak, butelkowana woda, którą pijecie jest od 240 do 10 000 razy droższa, niż taka sama woda w waszych kranach. Za co więc się tyle płaci? Trochę na pewno za opakowanie. Za plastikowe butelki, produkowane na masową skalę, w procesie produkcji zatruwające nasze środowisko naturalne, a po wykorzystaniu zalegające na wysypiskach, w lasach, na ulicach. Reszta to czysty zysk. Dla korporacji oczywiście. Przeciętny mieszkaniec tej planety traci na butelkowanej wodzie jeszcze więcej.

Dlaczego? Ponieważ picie i kupowanie butelkowanej wody jest wspieraniem zacofanej i dziwacznej wizji społeczeństwa. Wizji, w której dostęp do wody, niezbędnej każdemu człowiekowi do przeżycia jest przywilejem. Wizji, w której zamiast korzystać z setek lat rozwoju inżynierii i nauki, dzięki którym woda pitna dociera prosto do naszych domów – chodzimy po nią do sklepów, jak kiedyś chodziliśmy z dzbanami do źródeł. Dzisiaj 11% ludzi na ziemi wciąż nie ma stałego dostępu do czystej wody pitnej. My, mając ją na wyciągnięcie ręki, zamiast korzystać z niej rozsądnie, wspieramy wielkie firmy lobbujące przeciwko uznaniu dostępu do wody pitnej prawem człowieka. Zamiast lokalnym, kontrolowanym przez miasto wodociągom, dajemy swoje pieniądze międzynarodowym korporacjom, które niespecjalnie kwapią się do publicznego ujawniania w jaki sposób pozyskują wodę, którą potem z takim zyskiem nam sprzedają.

Gdybyśmy zamiast kupować butelkowaną wodę korzystali z tej w kranach, zostałoby nam w kieszeniach tyle pieniędzy, że z powodzeniem moglibyśmy zmodernizować i rozbudować system publicznego dostępu do wody tak, żeby w każdej szkole, urzędzie czy nawet na ulicy spragniony mógł napić się czystej wody. Tak jak to było w starożytnym Rzymie. Pijąc wodę z kranu wspieramy przyszłość, w której dostęp do wody jest prawem, a nie przywilejem, a rezygnując z plastiku dbamy o środowisko. Nie mówiąc już o tym, że woda z kranu jest po prostu zdrowa i często zawiera więcej minerałów niż ta butelkowana (szczególnie, jeśli mowa o wodzie „źródlanej”). Same plusy!

Alternatywny Mieczkowski

Zapytałem na Twitterze. Okazało się, że nie tylko ja od czasu do czasu myślę o tym, co by się stało z moim życiem, gdybym kiedyś, gdzieś postąpił inaczej. Niektórzy żałują swoich decyzji i oddaliby wszystko, żeby cofnąć czas, inni nie, ale prawie każdy się nad tym zastanawia.

To trochę jak z powieściami wykorzystującymi motyw historii alternatywnej – lubimy wierzyć, że jedno kluczowe wydarzenie zmieniłoby świat wokół nas. Gdybym skończył studia. Gdybym przyjął tamtą pracę. Gdybym walczył o tamtą dziewczynę. Chcemy widzieć swoje życia jako ciąg punktów zwrotnych, obracających nasze losy o 180 stopni. Jak w fantastyce, chociaż kaliber trochę inny. Gdyby Aleksander Macedoński nie umarł na malarię. Gdyby Napoleaon wygrał pod Waterloo. Gdyby II Rzeczpospolita podpisała pakt militarny z III Rzeszą.

la mnie także teoria wielkiej zmiany zapoczątkowanej małym wydarzeniem jest atrakcyjna. Dlatego postanowiłem wykorzystać swoje nadprzyrodzone zdolności* i sprawdzić jak mi poszło w alternatywnych wszechświatach, w których kiedyś podjąłem inną decyzję (lub świat zrobił to za mnie) i moje życie potoczyło się innymi torami.

* – wyobraźnię

Proste życie

Po rzuceniu studiów przeprowadzam się z powrotem do Kołobrzegu. Na początku mieszkam trochę z rodzicami, którzy nawet nie mają do mnie większych pretensji, a kiedy dostaję pracę na stacji benzynowej, wyprowadzam się, żeby wynająć z kumplem mieszkanie. Pracuję zmianowo, za niewielką kasę, ale na warunki mojego rodzinnego miasta nie jest źle. Po pracy gram ze współlokatorem w gry online i palę trawkę. Od czasu do czasu wyjeżdżamy za miasto w poszukiwaniu opuszczonych budynków i robimy im zdjęcia, które robią małą furorę w internecie. Lubię spacery nad morzem i mam niezły kontakt z młodszym bratem.

Kilkakrotnie zmieniam pracę – pracuję na zmywaku w hotelowej restauracji, jestem magazynierem w sklepie ogrodniczym i w końcu zostaję kasjerem w Żabce. Wszystko zmienia się momentalnie w ciągu gorącego nadmorskiego lata. W całym mieście słychać dudniący bas. Kierowca białego BMW ucieka przed policją. W bagażniku ma 11 kilogramów amfetaminy, którą przywiózł na Sunrise Festival. W dniu, kiedy dostaję wymarzony i zasłużony awans na kierownika sklepu – diler przejeżdża mnie na pasach. Niestety, w tym alternatywnym świecie Oskar Mieczkowski już nie żyje, chociaż miał całkiem dobre życie.

Szef kuchni poleca

Zaraz po skończeniu liceum postanawiłem iść do pracy na wakacje, żeby trochę sobie dorobić. Los chce, że załapałem się do restauracji w jednym z kołobrzeskich hoteli. No dobra, los ma z tym niewiele wspólnego, po prostu moja mama zna dyrektora tego hotelu. Przez całe wakacje pracowałem jako pomoc kuchenna, ucząc się jak powinno się kroić cebulę oraz ile minut gotuje się jajko. Ku swojemu zdziwieniu odkrywam, że uwielbiam gotować, a cieżka praca w kuchni jest niesamowicie satysfakcjonująca.

Po wakacjach wyjeżdżam na studia, ale zarobiona kasa szybko się kończy, stosunki międzynarodowe w ogóle mnie nie interesują, a każdą wolną chwilę spędzam na wymyślaniu własnych przepisów. Sesję zdaję ledwo co. Chcę rzucić studia, ale za namową rodziców tylko przepisuję się na zaoczne. Dostaję pracę w restauracji. Po licencjacie nie kontynuuję nauki – nie mam już na to czasu. W kuchni idzie mi świetnie. Zaczynam prowadzić bloga kulinarnego, który szybko staje się stosunkowo znany. Szczególną popularnością cieszą się moje polskie wersje znanych międzynarodowych dań: sushi z polską kiełbasą, spaghetti polonaise i buraczane burrito. Rozszerzam swoją działalność na YouTube, gdzie jestem znany jako Kuchenny Karateka. Domyślacie się jaka jest formuła programu?

Kiedy kariera szefa kuchni staje przede mną otworem dzięki propozycji z jednej z największych i najlepszych restauracji w Polsce przeżywam pierwszy zawał. Robiąc tyle dobrego jedzenia nie byłem w stanie powstrzymać się przed jedzeniem go w niezbyt zdrowych ilościach. Niestety, w tym alternatywnym świecie Oskar Mieczkowski także jest już trupem, bo chociaż niczego nie żałował, to 180 kg, cholesterol i trzeci zawał zrobiły swoje.

Tłum szaleje

Po nagraniu pierwszego dema w 2010 roku moja kapela, Dead Gentlemen przechodzi chwilowy kryzys. Jeden z naszych kompozytorów, nasz basista Tomek, odchodzi z kapeli, ale kiedy wreszcie udaje nam się znaleźć jego zastępstwo, okazuje się, że dzięki tej zmianie eksploduje talent kompozytorski naszego gitarzysty, Arka. Zasypuje nas pomysłami na kawałki, które są bez porównania lepsze, niż cokolwiek, co do tej pory zrobiliśmy. W kilka miesięcy całkowicie zmieniamy nasz koncertowy set i pewni swego ruszamy w wakacje w pierwszą trasę koncertową.

Jeździmy po Polsce w wynajętym, rozklekotanym busie, grając za piwo i zwrot kosztów podróży. Kilka dużych miast, trochę zupełnych dziur, ale wszędzie odbiór naszej muzy jest niesamowicie pozytywny, nawet tam, gdzie na koncercie zjawia się 10 osób łącznie z obsługą. Po koncertach ludzie podchodzą do nas i traktują jak prawdziwe gwiazdy rocka. Pytają o płyty, wlepki, koszulki. W połowie trasy przyjeżdża do nas kurier z zamówionym przez internet merchem, dzięki czemu przestajemy dokładać z własnej kieszeni do koncertowania. Impreza trwa w najlepsze, 2 miesiące praktycznie nie trzeźwiejemy, ale po powrocie do Torunia nie możemy na siebie patrzeć. Dopiero kiedy ni stąd, ni zowąd dostajemy propozycję zagrania kilku koncertów w Niemczech, wracamy do sali prób. Okazuje się, że na jednym z naszych letnich koncertów zupełnie przypadkowo zjawił się promotor chcący wziąć nas pod swoje skrzydła. Znów zawieszamy topór wojenny, by poświęcić się graniu.

Tydzień koncertów w Niemczech to totalny szał, który kończy się złamaniem przeze mnie ręki, przypadkowym podpaleniem sceny klubu w Hamburgu i totalnym rozkraczeniem się busika. Do Polski wracamy pociągiem, zmęczeni i zadowoleni jak nigdy. Po miesiącu ciszy podpisujemy kontrakt z Nuclear Blast i w ciągu pół roku wydajemy pierwszą płytę. Szczęście nas nie opuszcza. Kolejne lata to ciągłe koncerty i wizyty w studio. Ani na moment się nie zatrzymujemy. Niestety, Oskar Mieczkowski dołącza do „Klubu 27”, ginąc w bójce pod knajpą, w której miał zagrać koncert. Podobno w zdarzeniu brali udział także inni członkowie zespołu, ale nikt tego nigdy nie udowodnił. Fani nie ustają jednak w mnożeniu teorii spiskowych nt. prawdziwej przyczyny śmierci Mieczkowskiego.

Zwierzęcy magnetyzm

Kiedy jako dziecko dostaję pierwszego pieska (jamnika ze schroniska), okazuje się on być wspaniałym zwierzęciem, które nie gryzie mnie w twarz, zostawiając na zawsze bliznę pod okiem. Zamiast tego jest spokojny i kochany, co pomaga mi wcześnie odkryć moją miłość do wszelkich żywych stworzeń. Rodzice nie boją się przyjmować do siebie i adoptować kolejnych zwierząt mających w życiu pecha, a ja zajmuję się nimi wszystkimi. Po kilku latach mamy w domu prawdziwe małe zoo. Idąc do liceum wybieram klasę biol-chem, ponieważ wiem, że chcę zostać weterynarzem, jak mój dziadek, któremu pomagam w praktyce od lat.

Na studiach jestem wolontariuszem w schronisku dla zwierząt. Strasznie im wszystkim współczuję, ale jednocześnie cieszę się, że mogę się nimi opiekować. Dziadek chce, żebym po studiach wrócił do Kołobrzegu i przejął po nim praktykę, ale ja mam inne marzenie. Zostaję w Poznaniu i zatrudniam się w Ogrodzie Zoologicznym. W życiu prywatnym także otaczam się zwierzętami. Mam 2 psy, kota, papużki nierozłączki, 3 żółwie błotne, chomika i węża boa. Jednak los chce, żeby Oskar Mieczkowski zginął w młodym wieku na służbie, przygnieciony przez hipopotama. Dziadek w każdą rocznicę mojej śmierci powtarza, że miał rację, kiedy proponował mi powrót do Kołobrzegu i powinienem był go posłuchać.

Jak prawie zostałem gwiazdą rocka

Kiedy byłem całkiem mały, chciałem być dobrym piratem. Potem, zafascynowany dinozaurami – paleontologiem. Następnie astronomem, a w okolicach 4 klasy jednak piłkarzem. Potem jednak poszedłem do gimnazjum, gdzie poznałem osoby, z którymi mogłem próbować spełniać swoje marzenia. A wtedy chciałem być gwiazdą rocka.

Rok 1999. W domu obok mojego kumpla z klasy, Kamila, mieszka Grzesiek. Grzesiek jest gitarzystą zespołu anarchopunkowego. Uczy Kamila kilku pierwszych chwytów na gitarze. W zamian za zrobienie chujowej strony internetowej ja i Kamil dostajemy naszywki i (świeże jeszcze) płyty CD, a nawet jednego winyla, który żaden z nas nie ma na czym odtworzyć. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek skończyliśmy im tę stronę, ale za to udało nam się wkręcić do ich sali prób jako młody zespół, Kufel Piva. Ja śpiewałem. Dostaliśmy mniejszą salkę w garażu obok zakładu weterynarii na ul. Kamiennej w Kołobrzegu. Umeblowaliśmy ją sobie w dywany na ścianach i wytłaczanki z jajek sami i płaciliśmy za salkę co drugi miesiąc, na przemian ze starszymi kolegami. W garażu był odłączony kibel, a napoje wyskokowe kupowaliśmy nieopodal w sklepie „Baryłka”. Potem okazało się, że właściciel tego garażu wyrzuca nas z próbowni, bo było mu płacone tylko co drugi miesiąc.

Byliśmy strasznie kiepską kapelą punk rockową, graliśmy przez kilka lat, ewoluując w różnych kierunkach, zmieniając kilkakrotnie skład, występując w okolicach naszego rodzinnego Kołobrzegu kilka razy w roku. Na nasze koncerty ktoś przychodził, może nawet mieliśmy kilku fanów. Być może nie byliśmy całkowicie beznadziejni, ale niestety trudno stwierdzić, ponieważ do dzisiejszych czasów nie zostały mi zupełnie żadne materiały związane z zespołem (oprócz kilku zdjęć w bardzo słabej jakości). Potem, kiedy rozwiązaliśmy zespół, założyłem następny – Wujek Gagarin. Nawet nagraliśmy demo, ale też nigdzie nie mam tych piosenek. Wydaje mi się, że nie były specjalnie ambitne, bo zaraz po nagraniu demówki kapela się rozpadła. Ale może to z innego powodu?

Jednak kołobrzeskie przygody były zupełnie niczym w porównaniu do tego, co stało się później. Studiowałem w Toruniu. Mieszkałem z kumplem z Kołobrzegu, Tomkiem, który pogrywał w różnych dziwnych kapelach na basie. Ja chciałem wrócić do śpiewania. Nie pamiętam, w jaki sposób odezwał się do mnie Arek – gitarzysta, ale wydaje mi się, że za pośrednictwem jakiegoś serwisu dla muzyków (pewnie musiccv.com). Poszedłem na próbę, okazało się, że Arek ma perkusistę, Marka, więc szukają też kogoś do gry na basie. Na następną próbę wziąłem ze sobą Tomka i tak już zostaliśmy.

Nie wiem, ile zagraliśmy koncertów, ale nie wyruszyliśmy nigdzie dalej niż do Bydgoszczy. Graliśmy trochę metalcore’owo, trochę eksperymentalnie. Kłóciliśmy się, piliśmy tanie browary pod mostem kolejowym, jaraliśmy i chyba wszyscy byliśmy dość nieszczęśliwi. Ja na pewno. Poznaję choćby po tekstach, które wtedy pisałem. Nie były bardzo górnolotne, bo miały być pretekstem do dobrego darcia ryja, ale słyszę w nich jednak przewijający się smutek. Co ciekawe, kapela rozpadła się tuż po nagraniu dema. Tym razem nie dlatego, że było słabe, a przez konflikty wewnątrz zespołu. Mieliśmy do siebie nawzajem pretensje o ilość czasu, którą każdy z nas poświęca kapeli. Najpierw wykruszył się Tomek, potem ja przeprowadziłem się do Poznania i przyjeżdżałem bardzo rzadko. A jak przyjeżdżałem, mogło się okazać, ze ktoś nie przyszedł na próbę i nie odbiera telefonu. Nie rozmawialiśmy ze sobą od lat, ale ja bardzo dobrze wspominam i chłopaków i muzykę, którą razem zrobiliśmy. Dla odmiany – po tej kapeli coś zostało. Poniżej 3 kawałki, które nagraliśmy na początku 2010 roku. I chociaż nie zostałem gwiazdą rocka – było warto! Nauczyłem się dzięki Dead Gentlemen sporo. Dzisiaj jestem bardziej zdeterminowany do spełniania swoich marzeń.

Trzy powody, żeby nauczyć się gotować

Naprawdę lubię gotować. Oglądam programy telewizyjne o gotowaniu. Czytam blogi. Wreszcie – gotuję. Prawie codziennie, od wielu lat. Dziś to moje hobby, a zaczęło się od tego, że jako nastolatek musiałem ogarnąć o co chodzi z tą całą kuchnią, bo inaczej po prostu chodziłbym głodny. Rodzice dużo wtedy pracowali, a ile można jeść kanapek?

Kilkanaście lat temu nie sądziłem, że gotowanie może przynieść mi aż tyle pożytku. Teraz wiem, że nauka przygotowywania potraw była jedną z najlepszych inwestycji, jakich w życiu dokonałem. Przejdźmy jednak do konkretów.

1. Zaoszczędzisz hajs

Może to i prozaiczne, ale gotowanie, szczególnie dla kilku osób, jest po prostu tańsze niż jedzenie na mieście, zamawianie pizzy, a nawet od gotowego żarcia. Mrożonki i chińskie zupki nie należą do najdroższych rzeczy na świecie, ale racjonalne zrobienie zakupów z których zrobi się obiady na najbliższych kilka dni to po prostu najtańsza opcja.

Oczywiście, jeśli kupujesz lepsze produkty, wyjdzie więcej kasy, ale wtedy trudno to porównywać z najtańszą zupką czy pierogami z Biedry. Biorąc pod uwagę jakość, przygotowanie posiłku samemu zawsze wychodzi taniej.

W jaki sposób robić jak najlepsze zakupy? Po pierwsze – zrób listę. Zapisz na niej wszystko, co występuje w przepisach, które chcesz przygotować. Po drugie – jeśli masz czas, idź na rynek po warzywa, a po mięso – do mięsnego. Praktycznie zawsze wyjdziesz na tym lepiej, niż na wizycie w supermarkecie. Lepiej kupować świeże rzeczy często, niż robić rzadko duże zakupy. Po trzecie – kupuj z głową. Kupuj tyle, ile potrzebujesz, nie dawaj się naciągnąć promocjom na coś, co będzie potem tygodniami leżeć w lodówce niewykorzystane.

2. Będziesz jeść bardziej smacznie i zdrowo

Świeże jedzenie z dobrych składników jest dużo lepsze od gotowców. Jeśli nie masz budżetu pozwalającego Ci codziennie wydać w restauracji około stówy, to jest spora szansa, że potrawy, które będziesz robić w domu będą zdrowsze i w wielu wypadkach smaczniejsze od tego, co zwykle jesz na mieście. Przy okazji przygotowując jedzenie będziesz dowiadywać się o nim coraz więcej. To w efekcie spowoduje, że twoja dieta będzie coraz lepiej zbilansowana.

Bardzo ważne dla smaku potraw – i tę lekcję musisz odrobić jako pierwszą – są przyprawy. Zaopatrz się w różnego rodzaju zioła, nasiona, proszki, płyny i pasty. Unikaj mieszanek, a szczególnie takich, które składają się przede wszystkim z soli. Mając wiele przypraw do wyboru i próbując co z czym najlepiej smakuje, dojdziesz do wprawy bardzo szybko i osiągniesz lepsze efekty niż z pomocą nawet najwymyślniejszych gotowych produktów. I pamiętaj, że generalnie z przyprawami jest jak z innymi składnikami – świeże zwykle jest lepsze, choć są wyjątki, jak np. ocet balsamiczny, który prawdopodobnie wolisz mieć dość stary.

3. Ludzie będą cię uwielbiać

Słyszałeś kiedyś powiedzenie „przez żołądek do serca”? Jest prawdziwe. Gotowanie nie tylko sprawi, że zaimponujesz osobie, która wpadła ci w oko. To idealne „sto lat”, „przepraszam” i „gratuluję”. Zdolność zrobienia czegoś pysznego sprawi, że każda okazja będzie wydarzeniem, a każdy zwykły dzień będzie jak wyjątkowa okazja. Mało tego, zasada działa nie tylko z ukochanymi, ale też z każdym z twoich znajomych. Ludzie będą wspominać twoje imprezy jako najlepsze w swoim życiu. Mówię serio. Zdarzyło mi się po pół roku usłyszeć od kumpla, że kurczak, którego przygotowałem na ostatniego Sylwestra był niesamowity. Koleżanka z Torunia wspomina wegeburgery, które zrobiłem jej na kaca niemal przy każdym spotkaniu.

Pamiętaj tylko, że doskonałe potrawy są nie tylko pyszne, ale także świetnie wyglądają. Aspekt wizualny ma zasadnicze znaczenie dla jedzenia. Napędza apetyt i podbija smaki. Coś, co wizualnie ci się podoba zawsze będzie Ci lepiej smakować, niż brzydka breja.

I pamiętaj, czasami pewnie coś ci nie wyjdzie. To normalne. Dlatego mam dla ciebie ostatni protip: jeśli masz przed sobą ważną okazję, korzystaj tylko ze sprawdzonych przepisów. Ja nigdy nie zawiodłem się na blogu Kwestia Smaku. Za to rewelacyjny w pewnych kwestiach Kukbuk bywa na bakier z proporcjami i kolejnością wykonywanych czynności.

To jak, kiedy zaczynasz gotować?

Moc Peryskopu

Dzięki Periscope obejrzałem już faceta próbującego nakarmić dziką wiewiórkę orzeszkami, odbyłem poranny spacer po Rzymie i posłuchałem pierwszych wrażeń kumpla dotyczących zakrzywionego telewizora. Jestem pod bardzo dużym wrażeniem możliwości tej platformy.

Periscope to nowy społecznościowy serwis wideo. Zupełnie inny niż YouTube i jego klony. Inny niż Twitch, chociaż oparty na podobnych zasadach, to o zupełnie innej tematyce i przeznaczeniu. Z założenia ma być oknem na świat. Idea, która mu przyświeca to udostępnianie innym miejsc i wydarzeń ze swojego życia na żywo. Dzięki temu możecie z dowolnego zakątka globu obejrzeć coś ciekawego, co właśnie dzieje się na drugim końcu świata, bez względu na to, czy chodzi o czyjąś wycieczkę do zoo, pejzaż Nowego Jorku, czy entuzjazm osoby, która właśnie przeprowadziła się nad morze.

Zasada działania Periscope jest prosta – jeśli masz iPhone lub smartfona z Androidem możesz ściągnąć sobie tę appkę i zacząć streamować lub oglądać czyjeś streamy. Aplikacja jest mocno powiązana z Twitterem, który kupił ją w marcu 2015. Dzięki temu możesz zaimportować swoje dane z profilu TT, o ile taki posiadasz. System subskrybcji także jest identyczny jak na Twitterze – możesz obserwować czyjeś kanały, twój kanał także może być obserwowany.

W samej aplikacji znajdują się 3 główne zakładki. Pierwsza to wideo wrzucane przez ludzi, za którymi podążasz. Drugie, to globalna lista najciekawszych streamów na żywo. Trzecia to pomoc w wybraniu ciekawych i znajomych kont do obserwowania.

Samo streamowanie jest bardzo proste. Kliknięcie w czerwoną ikonkę kamerki przekieruje nas w obszar streamu. Wystarczy nadać mu nazwę, wybrać kto może nas obserwować i czy chcemy pochwalić się streamem za pośrednictwem Twittera. Ilość widzów pojawia się w prawym dolnym rogu, czat, na którym mogą wypowiadać się widzowie po lewej stronie u dołu, a tapnięcie widza w ekran przesyła serduszko (odpowiednik lajka czy fava).

Taki system powoduje bardzo jasne rozróżnienie pomiędzy osobą streamujacą a widownią. W Periscope faktycznie tylko jedna osoba jest nadawcą, a wszyscy inni widzami. Oczywiście widzowie ci mają szanse wchodzić w interakcje ze streamerem, podobnie jak ma to miejsce na Twitchu. Model ten z jednej strony promuje nadawców, z drugiej jednak sprzyja braniu pod uwagę uwag i odpowiadaniu na pytania widzów.

Oczywiście Periscope ma także swoje wady – po pierwsze możemy oglądać tylko streamy osób które albo followujemy, albo są dostępne na kanale globalnym. Nie możemy kliknąć w czyjś profil i sprawdzić, jakie streamy ta osoba do tej pory wykonała. Jedyna historia streamów, do jakiej mamy dostęp to historia niedawno zakończonych streamów osób, za którymi podążasz. Trochę to słabe, szczególnie na początku, kiedy nie wiadomo, na jakiej zasadzie wybrać sobie obserwowanych.

Po drugie – wiele osób skarży się na wertykalność Periscope. Mi w niczym to nie przeszkadza – i tak domyślnie właśnie w ten sposób trzymamy telefon, a oglądanie Periscope na innych ekranach nie ma zbyt wiele sensu. Jednak rozumiem, że ten niestandardowy format wideo może wiele osób drażnić. Z pewnością oglądanie streamu z periscope na ekranie komputera czy telewizora może być frustrujące (przynajmniej dopóki nie wydzielimy sobie na ów wertykalny stream tylko fragmentu ekranu).

Na razie Periscope jest jeszcze młody i bardzo mocno to widać, przede wszystkim po zasięgach, jakie osiągają ludzie. Kilkaset oglądających jednocześnie to w tym momencie maksimum przez większą część dnia. Nie brakuje streamów oglądanych przez dosłownie garstkę osób. Ponadto trudno przewidzieć, w jaką stronę rozwinie się ta platforma. Gdbym miał strzelać, powiedziałbym, że jest ona kolejnym krokiem w rozwoju tak zwanego Reality TV, przy czym pozbywamy się teraz edytorów, pośredników wybierających treść, którą widz ma oglądać. Przed nami streamy całkowicie zwyczajnych ludzi i ich całkowicie zwyczajnych spraw. Co fascynujące, to często bardzo wyjątkowi ludzie, a ich codzienność jest dla nas, widzów czymś zupełnie obcym, nowym i intrygującym. Na Periscope można być sobą i zebrać sobie grupkę widzów, którzy po prostu cię polubili i chcą posłuchać, co masz do powiedzenia, lub obejrzeć, co masz do pokazania. Nawet twoje zwykłe, polskie podwórko i twoja codzienna rutyna prawdopodobnie przynajmniej dla kilku osób okaże się atrakcyjna. No i zamiast dzwonić do każdego, że dojechałeś do Warszawy, możesz pokazać znajomym Pałac Kultury na żywo!

Z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój Periscope. Mam nadzieję, że liczba użytkowników znacząco wzrośnie, a wraz z nimi do aplikacji przedostaną się świeże pomysły i idee, także na to w jaki sposób jeszcze ulepszyć tę platformę. Jaram się.

Prawdopodobnie dla przyzwoitości powinienem wspomnieć o Meerkacie. Nie bardzo chcę to robić, bo w moim odczuciu Meerkat robi dokładnie to samo, co Periscope, tylko gorzej. Streszczę się więc: jest brzydki, mało intuicyjny i nudny. Próbowałem zweryfikować swoją opinię na jego temat kilkakrotnie – za każdym razem pokonywało mnie to, że nie znając dokładnych nicków osób, które streamują, mogę podążać tylko za tymi, którzy są najlepsi, a nie podążając za nikim mogę co najwyżej obejrzeć 2 najpopularniejsze w danej chwili streamy (zwykle gadająca głowa starszego faceta), ewentualnie streamy, którymi ktoś podzielił się na Twitterze. Swoją drogą Twitter to społecznościówka, od której Meerkat wydaje się być bardziej uzależniony niż Periscope. Domyślam się, że kupno Periscope przez Twittera było dla nich sporym ciosem.

Dlaczego jesteś przesądny?

Uważasz się za rozsądną, racjonalną osobę. Nie wierzysz w czary ani duchy. Ale czy na pewno nigdy nie zdarzyło ci się zawahać przed położeniem swojej torby na podłodze? Uczeni walczą z nimi od ponad 300 lat. Mimo to, przesądy są wszędzie i mają się bardzo dobrze.

Przesąd to bezpodstawna i niemożliwa do weryfikacji wiara w związek przyczynowo-skutkowy między danymi zdarzeniami. Jeśli czarny kot przejdzie ci drogę, będziesz mieć pecha. Jeśli stłuczesz lustro, czeka cię 7 lat nieszczęścia. Jeśli odpalisz papierosa od świeczki, na morzu zginie marynarz. To oczywiste, że nie ma najmniejszych dowodów, że coś takiego się dzieje.

Oczywiście w niektórych przypadkach zbieg okoliczności spowodował, że jakieś wydarzenie (np. przejście pod drabiną) występowało przed innym, niepożądanym w skutkach wydarzeniem (tzw. pechem, powiedzmy, że złamaniem nogi). Człowiek, ze swojej natury szukający wyjaśnień tego, co mu się przytrafia połączył oba te wydarzenia tylko dlatego, że na co dzień nie przechodzi się pod drabiną. Późniejsze złamanie nogi musiało mieć więc jakiś związek z tym niecodziennym wydarzeniem, prawda? Mało tego, człowiek był w stanie dopowiedzieć sobie pseudo-racjonalne wyjaśnienie pecha – otóż przechodząc pod drabiną, zrzuca się z ramion swojego anioła stróża. Proste. Teraz opowiedz wszystkim, co ci się przydarzyło, dlaczego się to stało, poczekaj kilkaset lat, aż podobny zbieg okoliczności przytrafi się kolejnym osobom niezliczoną ilość razy i przesąd gotowy.

Działa tu mechanizm zwany efektem potwierdzenia. Oznacza to, że człowiek preferuje informacje, które potwierdzają jego dotychczasową wiedzę, poglądy i oczekiwania, ignorując jednocześnie fakty, które stoją z tymi oczekiwaniami w sprzeczności. Powoduje to sytuację, w której człowiek niejako wybiera sobie i przyswaja z całej puli dostępnych informacji tylko te, które pasują do jego obrazu świata.

Być może słyszeliście o wpływie faz księżyca na zachowanie ludzi? Dość powszechnie wierzy się na przykład, że podczas pełni księżyca ludzie stają się bardziej agresywni. Prawdopodobnie znajdziecie nawet osoby, które będą w stanie potwierdzić wam tę informację w sposób wiarygodny. Bo jak tu nie wierzyć ratownikowi medycznemu, który przecież z własnego doświadczenia wie, że niemal zawsze w czasie pełni księżyca pomaga w izbie przyjęć osobom z rozkwaszonymi nosami i obitymi kłykciami?

Niestety, powinniśmy nie wierzyć. Bezwzględne dane mówią nam jasno, że nie ma żadnej korelacji pomiędzy fazami księżyca a zachowaniem ludzi, a nasz ratownik medyczny po prostu łatwiej zapamiętuje wszystkie sytuacje, w których podczas pełni musiał pomagać osobom poszkodowanym w bójkach, ignorując jednocześnie, jak wiele bójek ma miejsce w innym czasie. Jak to działa? Kiedy ratownik, pomagając komuś pobitemu wie, że jest pełnia, potwierdza to jego przypuszczenia o wpływie pełni na agresję. Kiedy pomaga komuś, a pełni nie ma, nie potwierdza to nic, ani niczemu nie zaprzecza, więc jest dla niego nieistotnym faktem.

Jednak część przesądów w momencie powstania nie była wcale taka głupia i irracjonalna. Bo czy w czasach, kiedy sól kosztowała tyle, co beczka śledzi albo nowa suknia, było czymś dziwnym, że jej rozsypanie nawet nie tyle powodowało nieszczęście, co po prostu nieszczęściem było? Ale nie musimy sięgać aż do średniowiecza, by zaobserwować powstawanie tego rodzaju przesądów. Podobno odpalenie więcej niż jednego papierosa jedną zapałką ma przynosić pecha. Przesąd ten pochodzi podobno z okopów wojen światowych, kiedy każde kolejne światełko papierosa pozwalało wrogiemu snajperowi lepiej wycelować, w efekcie zabijając pechowego żołnierza. Wojna skończyła się 70 lat temu, ale myślę, że wśród uczniów palących na długiej przerwie za internatem swoje pierwsze papierosy, wciąż każdy gasi zapałkę po odpaleniu swojego peta.

W tego rodzaju przesądach zachowanie przynoszące w pewnych warunkach niepożądane skutki zostało uznane za przynoszące pecha, także po usunięciu warunków, które by tego pecha jakoś uzasadniały. Następnie zadziałał efekt potwierdzenia – komuś wciąż przydarzają się awantury tego samego dnia, kiedy rozsypał sól. Co najciekawsze, tego samego typu przesądy kultywują… Gołębie.

W 1948 psycholog B. F. Skinner opublikował artykuł, w którym opisał dziwne zachowania gołębi. Jeden z gołębi obserwowanych przez naukowca gwałtownie skręcał chodząc po klatce, inny zaś kiwał głową w tą i z powrotem. Skinner uważał, że robią to w sposób rytualny, oczekując, że w efekcie tego zachowania w dozowniku pojawi się jedzenie. Dozownik zaś ustawiony był tak, by wydawać jedzenie o dokładnie tych samych porach, bez względu na zachowanie gołębi. Gołębie, nie wiedząc o tym, być może zauważyły korelację pomiędzy danym zachowaniem a otrzymaniem pożywienia. A potem potwierdziły swoje przypuszczenia. Skoro zachowywały się przesądnie co chwilę, to każde pożywienie pojawiało się po dokonaniu rytuału. Co prawda nie pojawiało się po każdym wykonaniu rytuału, ale wystarczająco często, by powtarzać czynność i nie obniżać swoich szans na otrzymanie pożywienia poprzez zaniechanie.

Część naukowców nie zgodziła się ze Skinnerem, twierdząc, że zachowanie gołębi można tłumaczyć w inny sposób. Jednak bez względu na to, czy Skinner miał rację, jego badania doprowadziły do powstania ciekawej hipotezy dotyczącej przesądnego myślenia u ludzi.

Otóż wydaje się, że bycie przesądnym ma uzasadnienie. Uzasadnieniem tym jest dobór naturalny. Nikt nie wątpi, że wyciąganie właściwych wniosków ma zasadnicze znaczenie dla przetrwania. Z punktu widzenia natury – im szybciej wyciągniemy te wnioski, tym lepiej. Powoduje to, że kojarzenie ze sobą wydarzeń w sposób przyczynowo-skutkowy jest po prostu korzystne. Jeśli chociaż część z nich będzie właściwa, znacząco podniesie to nasze szanse na przetrwanie, podczas gdy potencjalne straty z nieprawidłowych skojarzeń są właściwie nieszkodliwe.