Wspomnienie o Game Chefie 2014

Przeszukując odmęty swojego dysku twardego odnalazłem grę, którą napisałem na konkurs Game Chef 2014. Wzbudziła mieszane reakcje, ponieważ została zinterpretowana przez jury konkursu jako dyskryminująca osoby współcześnie żyjące w kulturach niecywilizowanych. Z perspektywy czasu widzę, jak cel, który nadałem graczom (stanie się cywilizowanymi) mógł wspierać taką interpretację.

Nie było to oczywiście moją intencją. Gra miała opowiadać o grupie jaskiniowców, rozwijających się w swoim tempie, w zgodzie z prawami swojej kultury, spotykających na swojej drodze bardziej zaawansowaną cywilizację. Continue reading Wspomnienie o Game Chefie 2014

Polcon 2018 – Andrzej Sapkowski, konkurs cosplay i walki magów

Wiele wyjątkowych atrakcji tegorocznego Polconu to gratka zarówno dla długoletnich fanów, jak i dla osób w luźny sposób zainteresowanych fantastyką. Oprócz setek godzin prelekcji, możliwości zagrania w gry planszowe i elektroniczne, oraz uczestnictwa w różnorodnych panelach i warsztatach, uczestnicy konwentu będą mogli wziąć udział w Gali wręczenia Nagrody im. Janusza A. Zajdla, spotkaniu z Andrzejem Sapkowskim, obejrzeć niesamowity konkurs strojów, a nawet spróbować się w Walkach Magów! Continue reading Polcon 2018 – Andrzej Sapkowski, konkurs cosplay i walki magów

Polcon 2018 – Fantastyka to nasz konik

Ogólnopolski Konwent Miłośników Fantastyki Polcon to jedna z najstarszych imprez dla miłośników szeroko rozumianej fantastyki w Polsce. Organizowany jest co roku w innym mieście, a tegoroczna, 33. edycja odbędzie się w dniach 12-15 lipca w pięknym, historycznym Toruniu – mieście Kopernika, pierników, krzyżaków i aniołów. Continue reading Polcon 2018 – Fantastyka to nasz konik

Rada Koronna – zarys gry

  1. Gracze wcielają się w postacie Kanclerza i Arcybiskupa – doradców w Radzie Koronnej.
  2. Obaj doradcy mają swoje karty postaci, na których wypisane są ich ruchy – ponumerowane od 1 do 16.
  3. Ruchy mają różne efekty. Część z nich pozwala ruszyć koroną, część zdobyć grosze, część działa jeszcze inaczej.
  4. Korona symbolizuje króla i jest ruchomym elementem planszy. Król w danym momencie patrzy w określonym kierunku i pozwala swoim radcom tylko na ograniczoną ilość manewrów.
  5. Kanclerz może wykonywać swoje ruchy tylko ruchy spośród ruchów o numerach znajdujących się pomiędzy lewym a środkowym kolcem korony.
  6. Arcybiskup może wykonywać swoje ruchy tylko ruchy spośród ruchów o numerach znajdujących się pomiędzy prawym a środkowym kolcem korony.
  7. Aby przesuwać koronę w lewo lub w prawo gracze muszą wykonać odpowiednie ruchy ze swoich kart postaci.
  8. Wygrywa gracz, który pierwszy zdobędzie 10 groszy.

Nigdy nie palimy przy matce

Nie do końca wiem na czym polega ten mechanizm, ale nigdy nie palimy przy matce. Obaj jesteśmy dorośli, a ja od lat nie mieszkam z nią. A jednak kilka najcenniejszych zdań od dawna zamieniliśmy z bratem wystając do połowy przez okno i paląc papierosy.

W samym środku nocy, w gościnnym pokoju wiejskiego domostwa, do którego zaprosił nas wuj. Mój brat jest smutny. Ja mam w życiu dobrą passę. On mdleje na rowerze i traci chłopięcy urok na rzecz facjaty godnej najmroczniejszego czarnego charakteru w filmach fantasy, a ja nawet przestałem dalej tyć. Jego rzuca dziewczyna, ja świętuję czwartą rocznicę. On szuka pracy, ja awansuję. Życie nie jest sprawiedliwe, ale fakt jest taki, że byłem w tym miejscu, w którym on znajduje się teraz, chociaż oczywiście trudno mu w to uwierzyć. Ale wcale nie rozmawialiśmy o tym.

Rozmawialiśmy o UFO.

– Czasami wydaje mi się, że jesteśmy tylko marionetkami w czyichś rękach. – Powiedział Kacper – że tylko, kiedy śpimy, żyjemy tak naprawdę i przestajemy być czyjąś perfidną rozrywką.

– Mam zupełnie inne odczucie, bracie. – powiedziałem wydmuchując dym papierosowy za okno. – Mam wrażenie, że jesteśmy tutaj zupełnie sami. Że oprócz nas nie ma zupełnie nikogo i mamy olbrzymie szczęście, że się urodziliśmy i możemy przeżyć swoje życia.

Czy bekon jest rakotwórczy?

Tydzień temu świat obiegła zatrważająca wiadomość: przetworzone i czerwone mięsa są rakotwórcze! Mało tego, Światowa Organizacja Zdrowia zakwalifikowała je do tej samej kategorii rakotwórczości, co papierosy. Rozpętała się medialna panika. Panie sprzedawczynie ze stoisk mięsnych w supermarketach ponadwyrężały sobie mięśnie od wzruszania ramionami w geście bezradności, bo co drugi klient wypytuje je o tego raka. Weganie otworzyli swoje chowane na taką okazję 300-letnie szampany. Ale o co właściwie chodzi z tą rakotwórczością? Czy jeśli dbam o zdrowie, to powinienem zrezygnować z bekonu na zawsze?

Prawdą jest, że WHO zakwalifikowało przetworzone mięso do grupy 1 rakotwórczości. Tymczasem czerwone mięso zostało zakwalifikowane do grupy 2A. Szybki rzut oka pozwala stwierdzić, że papierosy w istocie są w tej samej grupie, co przetworzone mięso. Pewnie dlatego, że to bardzo szeroka grupa – jest w niej po prostu wszystko, co naukowcy z WHO uznali za rakotwórcze. Tak, grupa 1 to po prostu “rzeczy, o których wiemy, że są rakotwórcze”. Znajdują się w niej m.in. zanieczyszczone powietrze, światło słoneczne, papierosy, alkohol, azbest, praca przy produkcji aluminium lub wyrobów ze skóry i jedzenie przetworzonego mięsa. Jak się pewnie domyślacie, w tak szerokiej grupie rakotwórczość rakotwórczości nierówna. Grupa 2A zawiera czynniki “prawdopodobnie rakotwórcze”. Całą klasyfikację znajdziecie tutaj.

Żeby dobrze zrozumieć, o co w tym całym zamieszaniu chodzi, potrzebujemy konkretnych danych zawartych w raporcie WHO. Można w nim przeczytać, że jedzenie 50 gramów przetworzonego mięsa dziennie powoduje wzrost ryzyka zachorowanie na raka jelita grubego o 18%. Nie znaczy to, że ryzyko wzrasta o 18 punktów procentowych (np. z 10% do 28%), a że najpierw musimy policzyć, jakie w ogóle mamy szanse na dostanie tego rodzaju raka. Wpływ na to mają najróżniejsze substancje i aktywności (także część wymienionych powyżej). Żeby łatwiej nam się liczyło, założymy, że już mamy 10% szans na zachorowanie. 18% z 10% to 1,8%. Czyli codzienne jedzenie na śniadanie np. smażonej kiełbaski i jajka na boczku powoduje, że nasze ryzyko zachorowania wzrasta z 10% nie do 28%, ale do 11,8%.

Aby było nam łatwiej zrozumieć, jak bardzo przetworzone mięso jest rakotwórcze, porównamy je sobie z czymś, co wiemy, że ma spory wpływ na zdrowie człowieka i dość mocno wpływa na szanse dostania raka – czyli z papierosami. Palenie powoduje 25-krotny wzrost ryzyka zachorowania na raka płuc. Innymi słowy ryzyko zachorowania palacza wzrasta o 2500%. Porównując to z 18% przetworzonego mięsa – ta druga liczba wygląda dość marnie.

Co z tego wszystkiego wynika? Bekon jest rakotwórczy. Ale nie aż tak. Jeśli nie jesz go dużo, nie powinno to mieć dużego wpływu na twoje życie. Są ważniejsze dla twojego zdrowia sprawy. Regularny ruch. Dostarczanie sobie wszystkich niezbędnych składników odżywczych (odpowiedniej ilości białek, węglowodanów i tłuszczów). Z drugiej strony może to jednak dobra okazja, by zastanowić się nad tym co jesz.

Jeśli czujesz, że przesadzasz z mięsem, to dobry moment żeby pomyśleć o alternatywach – owsianka, owoce, placki ziemniaczane, naleśniki i racuchy to całkiem niezłe śniadania. Na obiad także można zjeść dyniowo-czosnkowe risotto lub pieczoną pod pierzynką rybę zamiast steka. Najważniejsze, że nie ma co panikować – wszystko jest pod kontrolą, póki nie przesadzasz z ilością. Jak ze wszystkim w życiu.

Co znaczą sny?

Śniło mi się dzisiaj, że biegnę w błocie wzdłuż płotu. Gdy zauważam w nim wyłom, przechodzę przez niego i przewracam się. Nie potrafię wstać. Czołgam się w stronę placu zabaw. Widzę tam ubranych na czarno ludzi – matki i małe dzieci. Próbuję do nich krzyczeć, ale z moich ust wydobywa się tylko bełkot. Sam nie wiem, czemu krzyczałem. Czy chciałem zawołać o pomoc? A może ich przed czymś ostrzec? I co to właściwie znaczy?

Ludzie próbowali zrozumieć sny prawdopodobnie od zawsze. Oczywiście, że próbowali. W końcu to coś, co zdarza się każdemu i jest, jakby nie patrzeć dość dziwne. Serie obrazów, dźwięków, bardziej lub mniej powiązanych ze sobą wydarzeń – to przecież musi coś znaczyć, być po coś, prawda?

Najstarsze próby wyjaśnienia o co chodzi ze snami jakie znamy pochodzą z Mezopotamii. Podczas snu dusza opuszcza ciało i odwiedza miejsca oraz osoby, które widzi śniący. Trochę się to nie trzyma kupy, chyba, że taka dusza podróżuje nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie. Jak bowiem inaczej wyjaśnić, kiedy widzisz w śnie swojego śpiącego obok partnera, ale na łódce w Wenecji (i w dzień?). Może jednak więcej racji mieli Egipcjanie – którzy twierdzili, że sny zsyłane są przez bogów i traktowali je jako proroctwa i wyrocznie.

Zresztą nie tylko oni myśleli w ten sposób. Sen pochodzący z zewnątrz to motyw pojawiający się wielokrotnie w różnych kulturach. Zsyłany jest przez różne, złe i dobre istoty i zwykle służy jako coś w rodzaju proroctwa, które jeśli tylko uda się nam rozszyfrować, poznamy przyszłość, a może nawet nad nią zapanujemy (czy będziemy w stanie ją zmienić?). Ten sam rodzaj myślenia występuje do dzisiaj w użytkownikach senników. Nie jestem pewien, czy wierzą oni otwarcie, że sen jest im zsyłany, ale tak sugerowałoby interpretowanie snów jako symboli mających przepowiadać przyszłość. Bo chyba sami z siebie nie znamy i nie skrywamy przed sobą przyszłości, prawda?

To połączenie snów z religią i duchowością to chyba sprawa uniwersalna. Sen, jako niezrozumiały, dziwny i nie do końca poznany mógł być sposobem na komunikację z bóstwem, lub zajrzeniem do jego domeny. W snach objawił się Jakubowi Bóg na drabinie. W snach niektóre plemiona rdzennych Amerykanów były odwiedzane przez swoich przodków. Marcin Luter z kolei uznał sny za sprawkę Szatana. Pewnie śniły mu się gołe baby, a przecież to musiała być sprawka diabła, skoro on o tych gołych babach śnić nie chciał. Ot, kolejny sposób złego na kuszenie i sprowadzanie na złą drogę!

Ten trop jednak mnie nie przekonuje – idea zsyłania czegoś prosto w moją głowę przez (jakiekolwiek) siły nadprzyrodzone to za dużo na mój racjonalny umysł. Zbyt dużo niewiadomych – począwszy od tego kim lub miałyby być te siły, których istnienia przecież nijak nie da się udowodnić, skończywszy na tym, że dlaczego niby jestem dla nich na tyle interesujący, by wkładały obrazki i dźwięki do mojej głowy. Ale czy na pewno mogę ufać swojemu umysłowi? Czy moje zmysły przypadkiem nie wprowadzają mnie w błąd i moja ocena sytuacji nie jest wypaczona?

Zwykle, gdy człowiek śpi, nie jest tego świadomy. Może więc śpię właśnie teraz i moje logiczne wywody i racjonalne przesłanki są prawdziwe tylko w obrębie mojego śnienia? Zhuangzi twierdził, że tylko głupiec może twierdzić z całą pewnością, że jest przebudzony, podczas gdy cały świat tkwi w wielkim śnie, z którego być może niegdyś zdoła się obudzić. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że kiedy w snach zaczynam rozmyślać o tym, czy śnię, zwykle zdaję sobie sprawę, że tak – i rozpoczynam świadome śnienie. Pozostanę więc przy swoim sceptycyzmie co do obcego pochodzenia snów.

Bliżej mi do Freuda, który twierdził, ze sny są swego rodzaju odbiciem nieuświadomionych pragnień i spełnianiem ich w pewien sposób. Że sny pochodzą z wewnątrz – z umysłu śniącego. Jung uważał, że sny są rodzajem zaszyfrowanych wiadomości wysyłanych do siebie. Perls z kolei twierdził, że sny reprezentują te części osobowości, które odrzucamy lub tłumimy.

No dobra, ale co na to nauka? Co wiemy na pewno? Wiemy, że śnimy w fazie REM, czyli kiedy nasze gałki oczne szybko się ruszają. Że faza REM pojawia się kilkukrotnie podczas snu. Że kolejne sny danej nocy są coraz dłuższe. Że im bliżej fazy REM się obudzimy, tym lepszą mamy szansę na zapamiętanie snu. I że zwierzęta też śnią. Czy to możliwe, że zwierzęta też tłumią w sobie jakieś zachowania, albo mają nieuświadomione pragnienia? A jeśli nie, to czy śnią inaczej niż my?

Z ewolucyjnego punktu widzenia sny, żeby zaistnieć i zostać, musiały albo dawać jakąś korzyść gatunkom, które je mają, albo przynajmniej nie przeszkadzać. W 2000 roku Antti Revonsuo zaproponował, że sny pozwalały przygotować się na potencjalne zagrożenia, symulując je. Neurologicznych teorii jest co najmniej kilka. Być może mamy do czynienia z próbą interpretacji otoczenia na podstawie niepełnych danych przez mózg. Być może jest to sposób mózgu na segregowanie i zapamiętywanie tylko części informacji. Niczego jednak nie wiemy na pewno. Śnienie może mieć przecież wiele różnych funkcji.

Co więc znaczył mój sen? Ten z błotem, płotem i placem zabaw? Wszystko wskazuje na to, że póki co zależy to ode mnie i od tego, w co jestem gotów uwierzyć. To, moim zdaniem, bardzo pozytywna perspektywa.

Pięć organizacji, które potajemnie rządzą światem

Tajne i półjawne organizacje istnieją. Ludzie (no dobra, głównie bogaci biali kolesie) zrzeszają się w nich od bardzo, bardzo dawna. Niektóre z nich są bardziej, inne mniej tajemnicze, ale wszystkie bez wyjątku oskarża się o chęć zawładnięcia (lub wręcz władanie) światem. Paranoicy wszystkich krajów wierzą (a właściwie wiedzą), jaka jest prawda – nawet, jeśli często jest sprzeczna sama ze sobą. Wejdźmy więc do świata, w którym nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

1. Masoneria

Inaczej wolnomularstwo. Masoneria zorganizowana jest w Loże. Pierwsze z nich powstały pod koniec XVI wieku w Anglii i Szkocji. Napędzani przez ideały oświecenia, masoni od zawsze deklarowali się jako zwolennicy tolerancji, wolności i samodoskonalenia jednostek. Za symbol przyjęli sobie cyrkiel i węgielnicę – bo tak jak murarze budują wielkie katedry, tak wolnomularze mieli zbudować lepszą przyszłość. Jedną z ich idei była równość religijna – co podobno pozwoliło dostać się w ich szeregi także Żydom.

Masonerię oskarża się m.in o wspieranie rozwoju oświaty, republikanizm i antyklerykalizm. Wynika z tego, że gdyby masoni naprawdę rządzili światem, to żylibyśmy w dużo bardziej laickim i demokratycznym świecie niż ten nasz. Bez wątpienia jakiś wpływ na świat całe to wolnomularstwo miało – do masonerii należeli i należą w końcu głównie bogaci i uprzywilejowani, w tym naukowcy i politycy.

Tak czy siak jeśli to masoni rządzą światem muszą być strasznie leniwi, skoro od 300 lat nie udało im się wprowadzić w życie swoich postulatów.

2. Opus Dei

Znana wszystkim przede wszystkim dzięki popularnej powieści Dana Browna, prałatura Kościoła Katolickiego oskarżana jest o niejawność, agresywny werbunek, praktyki sekciarskie, nieujawnianie politycznych celów i zmuszanie członków do pełnego posłuszeństwa. Strategią Opus Dei na zdobycie władzy miałoby być obsadzanie na ważnych stanowiskach w partiach politycznych (i nie tylko) swoich zaufanych ludzi.

Problem polega na tym, że jeśli ktoś jest członkiem Opus Dei, zwykle nie robi z tego żadnych tajemnic. Jeśli więc jakaś partia polityczna wystawia sobie takiego kandydata, można założyć, że po prostu zgadza się z postulatami Opus Dei. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, szczególnie biorąc po uwagę, że jeśli coś takiego się zdarza, dotyczy zwykle polityków prawicowych, którzy i tak bardzo często są osobami religijnymi. Najśmieszniejsze w Opus Dei jest generalnie to, że to organizacja wewnątrz Kościoła Katolickiego, głosząca dokładnie to samo nauczanie, ale z jakiegoś powodu potępiana dużo bardziej niż macierzysta organizacja.

Pewnie dlatego, że, jak twierdzą znawcy tematu, Opus Dei to inwigilująca Kościół organizacja kryptożydowska. Skąd to wiadomo? Grupa członków Opus Dei założyła Towarzystwo Współpracy Intelektualnej o nazwie Socoin, którego nazwa miałaby znaczyć “sekta morderców”, od hebrajskiego słowa socoim. Dzięki temu wiemy, że Opus Dei to tak naprawdę żydowska sekta masońska. A może jednak asasyni?

3. Różokrzyżowcy

Założeni w Średniowieczu przez Christiana Rosenkreuza byli ezoterycznym ruchem gnostyckim. Wierzyli w boskie pochodzenie człowieka i możliwość obudzenia w sobie owej boskiej cząstki. Jak przystało na prawdziwe tajne stowarzyszenie, mieli wiele stopni wtajemniczeń i niezmierzone bogactwa (stworzyli m.in kamień filozoficzny). Na każdym kolejnym członkowie sekty uczyli się nowych prawd – o symbolice piramidy Cheopsa, o uprawianiu jogi, a nawet jak podróżować astralnie i rozmawiać z aniołami.

Do największych osiągnięć Różokrzyżowców należy prawdopodobnie… chrześcijańska reformacja! Tak, znany Żyd i mason Marcin Luter miał być również Różokrzyżowcem (czego dowodzi m.in. jego nienawiść do katolickiej mszy świętej).

Dzisiaj co prawda grupy odwołujące się do tradycji różokrzyżowych są małe i nieliczne, a ich członkowie zajmują się przede wszystkim uzdrawianiem poprzez nakładanie dłoni, ale co jeśli z ukrycia wciąż sterują kościołami protestanckimi, stworzonymi kiedyś na ich polecenie?

4. Grupa Bilderberg

Grupa Bilderberg to nieformalne, międzynarodowe zgromadzenie wpływowych osób, które corocznie spotykają się, by porozmawiać o sytuacji ekonomicznej i politycznej świata. Nazwa bierze się od hotelu de Bilderberg, w którym odbyło się pierwsze spotkanie owej grupy. Co roku w spotkaniach tych bierze udział ponad sto osób, w tym bankierzy (głównie żydowscy), szefowie korporacji, politycy i dziennikarze. Podobno nieformalny charakter spotkań pozwala na wymianę poglądów bez względu na aktualną politykę.

Jest oczywistym, że ważne osoby mają o czym ze sobą rozmawiać. Jest możliwe, że czasami dochodzi wśród ważnych osób do zawierania znajomości, a nawet umów. Dla niektórych pewne jest także, że grupa spotyka się co roku, by ustalić, jak w przyszłym roku będą wspólnie rządzić światem i wprowadzać Nowy Światowy Ład. Znaczy to, że planują, jak utworzyć jedną (zależną od nich) religię światową, rozwijać techniki prania mózgu, wszczepić innym ludziom chipy pod skórę, propagować transhumanizm, uwięzić ludzi w ogromnych miastach-molochach, a także jak poszerzać powszechną inwigilację z pomocą monitoringu i projektu Echelon.

O czymże innym mogłaby rozmawiać grupa wywodząca się bezpośrednio ze średniowiecznego związku Czarnych Gwelfów i Zakonu Iluminatów?

5. Judeosataniści

Gdybyście mieli wątpliwości, autorom tej dziwnej zbitki chodzi po prostu o Żydów. Jak się okazuje, antysemityzm jest mocno powiązany ze wszystkimi ruchami spiskowymi, ale nie ma dziś szerokiego przyzwolenia społecznego. Nie ma więc nic dziwnego, że zwolennicy wszelkich dziwnych teorii próbują ukryć go pod coraz to nowymi nazwami. Judeosatanizm to chyba najciekawsza z nich.

Jak wiadomo, Żydzi rządzą światem na 100%. Do judeosatanistycznego spisku należał m.in. Hitler, cały Związek Radziecki, rodzina Bushów, a ostatnio Angela Merkel. A właściwie Klara Mengele, córka Hitlera, urodzona w wyniku sztucznego zapłodnienia w sowieckim laboratorium rodzonej siostry Ewy Braun. Było to możliwe oczywiście dzięki przechowaniu przez współpracowników dra Josefa Mengele zamrożonej spermy nazistowskiego dyktatora i przekazanie jej ich radzieckim wspólnikom.

Po co to wszystko? – spytacie. A no po to, żeby dorosła i trzymająca w żelaznym uścisku Unię Europejską Angela Merkel przyjęła do Europy arabskich imigrantów uciekających z terenów, na których po wyludnieniu powstanie Nowy Wielki Izrael. Skoro to wszystko takie oczywiste, to czemu więcej ludzi o tym nie wie? No cóż, tylko dla niektórych brak dowodów na cokolwiek co przeczytaliście w poprzednim akapicie jest dowodem na wszechmoc ludu Izraela.

Na zakończenie

Co ciekawe, kiedy zaczynałem pisać ten tekst, ani przez myśl mi nie przeszło, że będzie o antysemityzmie. Chciałem napisać o kilku interesujących grupach, które posądzane są o niecne postępki i machinacje. Potem zacząłem zagłębiać się w materiały źródłowe – czyli głównie bardzo słabe i staroświeckie strony internetowe upstrzone różnokolorowym tekstem, zdjęciami w okropnej jakości i ruchomymi gifami. Dopiero lektura tych stron uświadomiła mi, że zwolennicy teorii spiskowych to najzwyczajniejsi antysemici. Racjonalizujący sobie niechęć do Żydów poprzez przypisywanie im uczestnictwa w mrocznych spiskach przeciwko ludzkości. Tropiciele konspiracji okazują się być typami bardziej oślizgłymi nawet od Reptilian.

Ulotny jak snap

Pierwszy raz zainstalowałem Snapchata dość dawno temu. Dodałem znajomych, odebrałem kilka snapów, ze dwa wysłałem. Raz na jakiś czas jeden dalszy kumpel wysyłał mi kolejne identyczne selfie. Znudzony skasowałem snapa, stwierdzając że to nie dla mnie. Na szczęście spotkałem osoby, które namówiły mnie do zainstalowania appki jeszcze raz. Dzisiaj korzystam z niej cały czas, regularnie odbieram i wysyłam snapy oraz śledzę ciekawe stories z życia fajnych ludzi. Skąd w takim razie bierze się zła sława Snapchata? Czemu tyle osób ma z nim problem?

Przypuszczam, że największą szkodę robi tej sieci społecznościowej sama aplikacja Snapchata. Jest nieintuicyjna, pełna błędów, a na dodatek nigdzie nie jest w niej objaśnione jak robić w niej rzeczy i co oznacza co. Są co prawda sposoby nauczenia się korzystania ze Snapa – ale w samej aplikacji zero podpowiedzi. Możesz albo przeczytać gdzieś o co chodzi, albo działać metodą prób i błędów, ryzykując że czegoś w ogóle nie odkryjesz. Ewentualnie spytać znajomych.

Jednak za Snapchatem stoi świetna idea i jeśli dasz mu szansę i przyzwyczaisz się do niedobrego designu i złych wyborów producentów aplikacji, nie minie cię nagroda. Swoją drogą to chyba jeden z największych błędów w myśleniu o Snapie – większość osób myśli, że ideą stojącą za snapchatem jest jakaś dziwnie pojmowana tajność tego, co wysyłasz drugiej osobie. Stąd wszystkie komentarze typu “ale przecież można zrobić screenshota”. No pewnie że można. Tak samo, jak można było nagrać audycję radiową, żeby odtworzyć ją sobie później i nic nie odjęło to radiu jako medium. Bo prawdziwą ideą stojącą za Snapem nie jest jakaś hiper-prywatność, a ulotność.

Chodzi w tym wszystkim po prostu o to, że treść, którą tworzysz na Snapa domyślnie znika. Jeśli komuś się bardzo spodoba, to może ją sobie zachować, albo przynajmniej obejrzeć drugi raz. Ale w większości przypadków snap zostanie obejrzany jeden raz przez każdą osobę, której go wyślesz. Pozwala to na zupełnie inne podejście do tworzenia treści. Może być bardziej spontaniczna, bo oczekiwania są inne niż w przypadku filmu na YouTube, który zostaje w ogólnodostepnym internecie praktycznie na zawsze.

Drugim wyróżnikiem Snapchata jest całkowita (lub prawie całkowita) kontrola nad odbiorcami Twojej treści. Możesz wysłać Snapa tylko do swojego partnera. Możesz wysłać żart swoim najbliższym przyjaciołom. Możesz też wysłać zdjęcie żarcia wszystkim, którzy cię dodali, wrzucając go do “Story”. Niech zazdroszczą. Właśnie dlatego zdziwiła mnie opinia, którą przeczytałem na TT. Nie przypomnę sobie kto ją wygłosił, ale brzmiało to mniej więcej tak: “skoro jeden ekspert na Blog Forum Gdańsk mówi, że to jest jakiś wizualny komunikator, a drugi, że serwis z amatorskimi filmikami, to znaczy, że nikt nie wie nawet, co to ten Snapchat jest”. Zupełne nieporozumienie. Snapchat jest dokładnie tym, do czego go używasz. Nie ma nic dziwnego, że dwójka ludzi miała zupełnie różne jego definicje.

Snapchat to tylko aplikacja, medium umożliwiające wysyłać nietrwałe wiadomości w formie krótkich filmów lub zdjęć w świat. To, czy ci się spodoba, czy nie zależy tylko i wyłącznie od tego, co zamierzasz z nim zrobić. Oglądać stories celebrytów i ciekawych osób? Tworzyć własne treści i udostępniać je publicznie, chwaląc się unikalnym talentem? Wysyłać dowcipne zdjęcia znajomym? Wszystkie te sposoby można łączyć i dopasowywać do siebie i właśnie dzięki temu bycie na Snapie może być naprawdę fajne.

Na zachętę pokażę Wam też moje story sprzed kilku dni, ale ostrzegam, wygląda gorzej niż oryginalnie (mówiłem już, że to słaba appka, eksport niech będzie na to dowodem).

Jeśli korzystacie ze Snapchata, to pochwalcie się do czego go używacie (i koniecznie podajcie mi wasze nazwy użytkowników). Jeśli jeszcze nie próbowaliście korzystać ze Snapa, to szczerze zachęcam. Możecie zacząć od dodania mnie – mój nick to osaka10.

Jak zmienić pracę?

1 września byłem pierwszy dzień w nowej pracy. Na szczęście byłem w bardzo komfortowej sytuacji. Nie straciłem poprzedniego zajęcia, nie stało się też nic dramatycznego, co skłoniłoby mnie do natychmiastowego odejścia. To ja postanowiłem, że czas na zmianę, zrezygnowałem z poprzedniego pracodawcy i znalazłem sobie zajęcie, które bardziej odpowiada moim zainteresowaniom i zdolnościom. Mimo to przeżyłem swoją dawkę stresu. Bo zmiany są trudne, bez względu na to, jakie mamy perspektywy.

Po prostu – ludzie tacy są. Wszyscy boimy się zmian. Warto to sobie uzmysłowić i uzbroić się odpowiednio na ich nadejście. Bo wbrew pozorom zatrzymanie się w bezpiecznej teraźniejszości też może być niebezpieczne (w dłuższej perspektywie). Nie próbuję oczywiście przekonywać was, że powinniście wszyscy rzucać swoje zajęcia i rozglądać się za innymi, które będą wam bardziej pasować. Ale jeśli już zastanawiacie się nad zmianą, to prawdopodobnie prędzej czy później ta myśl w was dojrzeje i do tej zmiany dojdzie. Dobrze być na nią przygotowanym. Zacznijmy jednak od początku.

Dobry powód

Co jest dobrym powodem, żeby zmienić pracę? Skoro spędzamy w niej 1/3 każdego dnia i ustawiamy sobie wokół niej swoje życia to chyba lepiej, żeby to było coś ważnego? Moim zdaniem kryterium jest jedno. Po prostu musisz zmienić pracę, jeśli nie jesteś w niej szczęśliwy i nie masz perspektyw, by się to zmieniło. Co to oznacza? Może, że zarabiasz za mało i nie masz szansy na podwyżkę. Może że twój szef to palant i nie masz szans, żeby przenieśli cię do innego działu. A może że nie dali ci awansu, na który pracowałeś od roku i czujesz się niedoceniana. Innymi słowy – warto poszukać innych rozwiązań, ale jeśli ich nie ma, to masz dobry powód. Nie jesteś szczęśliwy. Co najciekawsze, to wcale nie musi oznaczać, że jesteś nieszczęśliwy. Być może jesteś w stanie to wytrzymać, ciągnąć dalej, zacisnąć zęby. Ale czy warto? Pewnie w niektórych przypadkach tak. Sama wiesz lepiej.

Odpowiednia kolejność

Być może zabrzmi to jak oczywistość, ale i tak to napiszę. Obojętnie ile zarabiasz, ile masz odłożonych pieniędzy, albo, z drugiej strony, jak okropnie jest w robocie, którą aktualnie masz – najpierw znajdź nową pracę, a dopiero później zrezygnuj ze starej. Jeśli tylko jesteś w stanie wytrzymać, oczywiście. Sam też kiedyś znalazłem się w sytuacji, w której zrezygnowałem z pracy z dnia na dzień. Była to jednak (mam nadzieję) wyjątkowa sytuacja – byłem ofiarą mobbingu i zdecydowałem, że lepiej poradzę sobie ze stresem pośpiesznego szukania pracy niż z kolejnym dniem w pracy. Miałem rację – kolejną pracę udało mi się znaleźć stosunkowo szybko i już nigdy nie bałem się iść do pracy.

Róbmy więc rzeczy w odpowiedniej kolejności. Najpierw rozglądamy się za nową pracą. Chodzimy na rozmowy kwalifikacyjne i nie paplamy o tym kolegom i koleżankom z biura. Kiedy już mamy satysfakcjonującą nas ofertę, upewniamy się, że jest pewna. Dopiero kiedy jesteśmy pewni, że dostaliśmy nową pracę – idziemy do swojego przełożonego i mówimy mu, że chcemy zrezygnować. To dość ważne, by pierwszą osobą, która się o tym dowie był właśnie przełożony. Byłoby głupio, gdyby dowiedział się o tym na korytarzu od kogoś z innego działu. Mógłby żywić do ciebie urazę, a nie wiesz przecież, gdzie i kiedy spotkasz go następnym razem. Potem negocjujemy z nim, lub z odpowiedzialną za to osobą warunki odejścia.

Podsumujmy – nie chwalisz się, że szukasz innej pracy, bo kiedy twój szef się o tym dowie, mogą spotkać cię nieprzyjemności (albo i nie, ale po co kusić los?). Kiedy masz już nową, dobrą ofertę pracy, to po upewnieniu się, że zdobyłeś tę pracę idziesz pogadać z szefem. Bądź szczery, ale uprzejmy. Pamiętaj, że możecie się jeszcze spotkać i nie pal mostów. Ustalcie, czy będziesz pracować do ostatniego dnia i dostaniesz ekwiwalent pieniężny za niewykorzystany urlop, czy bierzesz wolne ostatnie kilka dni lub tygodni (szef zgodnie z prawem może kazać ci wziąć ten urlop). Pamiętaj, że jako okres wypowiedzenia liczą się pełne miesiące. Nie ma znaczenia, czy wypowiesz umowę 1 czy 30 września, wypowiedzenie będzie się liczyć od przyszłego miesiąca.

 

Szukanie pracy

Po pierwsze i najważniejsze – jeśli tylko możesz, nie odchodź z pracy, zanim znajdziesz sobie nową. Wiem, że zdarzają się sytuacje, że to niemożliwe, ale zastanów się nad tym dobrze. Nie możesz liczyć na to, że znajdziesz inna pracę od razu, a tym bardziej nie chcesz stawiać się w sytuacji, kiedy będziesz musieć przyjąć każdą pracę, byle tylko coś zarobić. Obojętnie jak dobry jest rynek pracy w Twoim mieście, zwykle nie opłaca się podejmować tego ryzyka.

Jeżeli ciągle pracujesz, to masz mniej czasu na szukanie innej pracy. Zmęczenie i stres nie pomagają w podejmowaniu dodatkowych aktywności. Dlatego podstawową zasadą powinna być cykliczność wysiłków w szukaniu pracy. Możesz sobie ustalić, że np. co drugi dzień wyślesz chociaż jedno CV. A może codziennie spędzisz przynajmniej 20 minut przeglądając oferty pracy? Cokolwiek działa na ciebie najlepiej, po prostu ułatw sobie sprawę ustanawiając sobie prosty w realizacji cel i trzymaj się go. To pomaga.

Pamiętaj, że wszystko, co wysyłasz do pracodawcy, jest Twoją wizytówką i musi przedstawiać Cię w jak najlepszym świetle, a także wyróżnić z tłumu. Dotyczy to listu motywacyjnego, CV, portfolio. Zadbaj, by dokumenty te były estetyczne i w miarę możliwości nieszablonowe. Pamiętaj, żeby uwzględnić wszystkie informacje o zdolnościach, doświadczeniu i wiedzy, które mogą Ci się przydać na stanowisku, na które aplikujesz. Jednocześnie spokojnie możesz pominąć rzeczy nie mające z nim związku. Nie pisz o swoich słabościach, tym bardziej, że prawdopodobnie je hiperbolizujesz. Pamiętaj, że pisząc w liście motywacyjnym “Nie mam żadnego doświadczenia” po prostu zniechęcasz pracodawcę powtarzając niekorzystną dla siebie informację, którą i tam da się wyczytać z twojego CV. Jeśli chcesz coś podkreślać i powtarzać, to swoje atuty.

Rozmowa kwalifikacyjna

Kiedy ktoś zaproponuje Ci rozmowę kwalifikacyjną, to pamiętaj, żeby nie chwalić się tym w pracy. To jeszcze nie czas. Postaraj się umówić tak, żeby nie kolidowało to z Twoimi obowiązkami, a jeśli to nie możliwe, weź dzień urlopu i nie tłumacz się nikomu, dlaczego jest Ci potrzebny. Idealnie, jeśli przed rozmową będziesz mieć trochę czasu na przygotowanie, więc wstań odpowiednio wcześnie. Przygotuj się do rozmowy, czytając o swoim potencjalnym pracodawcy i zastanawiając się nad tym, jak odpowiesz na standardowe pytania w stylu:

  • Dlaczego chcesz pracować właśnie tu?
  • Dlaczego powinniśmy zatrudnić własnie Ciebie?

Zastanów się ile chcesz zarabiać, a potem dodaj 20% – większość ludzi zaniża wartość swojej własnej pracy. Najlepiej ustal widełki – pomyśl o 3 kwotach. Jaka jest najniższa, na jaką możesz się zgodzić? To kwota poniżej której po prostu nie podejmiesz pracy. Ile chcesz zarabiać w idealnym świecie? To kwota, jaka spełni wszystkie Twoje oczekiwania finansowe. Ile pieniędzy sprawiłoby, że będziesz pracować z przyjemnością? To prawdopodobnie kwota gdzieś pomiędzy dwoma pierwszymi. Na rozmowie powiedz o dwóch ostatnich kwotach, które właśnie ustaliliśmy. Pamiętaj, że w razie czego Twój potencjalny pracodawca będzie zawsze negocjował w dół, nigdy w górę.

A co do samej rozmowy – pamiętaj, żeby ubrać się ładnie i dużo się uśmiechać – pierwsze wrażenie jest super ważne! Bądź uprzejmy, sympatyczny i pamiętaj, że to nic dziwnego, jeśli się denerwujesz. Jeśli stres jest duży – poproś o szklankę wody i powiedz o tym, że to dla ciebie stresująca sytuacja. Rekruter na pewno Cię zrozumie, a Tobie powinno trochę ulżyć.

Odchodzenie z pracy

Wbrew pozorom, wraz ze zdobyciem nowej pracy stres wcale się nie kończy. Bo odejść też trzeba umieć. Przede wszystkim – liczy się kolejność. Pierwszą osobą, która powinna dowiedzieć się o Twoim odejściu, jest przełożony. Jeśli dowie się od kogoś innego niż Ty postawi Cię to w złym świetle i bardzo niekomfortowej sytuacji. Pamiętaj, żeby mieć gotowe wypowiedzenie. Jeśli masz umowę o pracę, okres wypowiedzenia zależny jest od stażu pracy w firmie.

Kiedy o Twoim odejściu wie przełożony i pracodawca, czas się pożegnać z kolegami i koleżankami z pracy. Być może chcesz przynieść ciasto, zorganizować wyjście do pubu, a może po prostu wysłać maila? W każdym razie, nie znikaj z dnia na dzień bez śladu. To dziwne i nie chcesz chyba, żeby ktoś pamiętał Cię jako gbura.

Pamiętaj, żeby wszystkie sprawy z odejściem załatwiać uprzejmie. Nie wiesz w jakich okolicznościach spotkasz swoich współpracowników ponownie, a nigdy nie warto palić mostów. Z drugiej strony, nie ukrywaj powodów odejścia, jeśli pracodawca lub przełożony jest ich ciekaw. Po prostu nie bądź przy tym dupkiem!

Pierwsze dni

Masz nową pracę? Gratulacje! Zanim się przyzwyczaisz do tej olbrzymiej zmiany, minie sporo czasu. W momencie kiedy to piszę, zaczyna się czwarty tydzień, odkąd jestem w nowej firmie, i nie ogarniam jeszcze wszystkiego. Myślę, że na wczesnym etapie najważniejsze jest przykładać się mocno do wszystkich zadań, które dostajesz, i robić je najlepiej, jak się da. To możliwe tylko jeśli nie będziesz się bać zadawać pytań. Jeśli czegoś nie wiesz i próbujesz zgadywać, zamiast dowiedzieć się od kogoś, kto jest tu dłużej niż Ty, niepotrzebnie ryzykujesz. A przecież nikt nie będzie się dziwić, że czegoś nie wiesz, jeśli jesteś w pracy krótko. Może nie chcesz wypaść głupio, ale pamiętaj, że otrzymując odpowiedź na swoje pytanie ukrócasz swoją ignorancję, która inaczej trwałaby w nieskończoność.

Drugą niezwykle istotną sprawą jest zbudowanie pozytywnych relacji z nowymi koleżankami i kolegami. W zależności od tego, jak duża to firma, może to być prostsze lub łatwiejsze, ale zasady są podobne. Lepiej powiedzieć komuś cześć dwa razy niż zignorować na korytarzu. Uśmiechaj się i wdawaj w kurtuazyjne rozmowy. Podoba Ci się piosenka, którą ktoś puścił? Spytaj, co to za wykonawca. Znasz ciekawostkę na tematkawy? Opowiedz ją, gdy stoisz w kolejce do ekspresu.

Na zakończenie

Proces zmiany pracy jest czasochłonny i trudny. Najważniejsze jest to, żeby pamiętać, po co to robisz. Generalnie zgodzimy się chyba, że cel jest jeden – chcesz mieć lepiej w życiu. Pamiętaj o tym i niech ta myśl pomoże przetrwać Ci najtrudniejsze chwile. Dasz sobie radę. Wierzę w to!